NOSTALGIA ANIOŁA | NOSTALGIA OF ANGEL
Dodane przez MasterZMC dnia 09.05.2011 00:54
Wracał do domu ze swoją nostalgią. Nieważne, jak miała na imię. Historia wokół nieprzeczytanej książki.
Rozszerzona zawartość newsa

Sześć lat temu, gdy mama była w szpitalu, pewna młoda kobieta na sąsiednim łóżku czytała "Nostalgię anioła"...

Jedna z najfajniejszych rzeczy, jakie mnie czasem spotykają, to promocje książkowe. Tak się zdarzyło... W dzień pełen słońca szedłem do istniejącego jeszcze wtedy marketu "Hypernova", bo wiedziałem, że tam jest promocja książkowa. Kupiłem wówczas 3 pozycje: "Widmokrąg" Wojciecha Kuczoka, "Pamiętnik" Nicolasa Sparksa i... "Nostalgię anioła" Alice Sebold.

W noc poprzedzającą mój wyjazd na pierwsze studia śniły mi się anioły. Powiedziały mi: "Nie przejmuj się tym, bo są rzeczy ważniejsze". Zrozumiałem znaczenie tych słów. Były prawdziwe i dodały mi siły na kolejne dwa lata. Są rzeczy ważniejsze niż niedokładne pomalowanie pokoju czy trzęsące się ręce podczas służby liturgicznej...

.........................................................................................................................................

Wraz z kolegą konsumowaliśmy napoje alkoholowe i rozmawialiśmy o kobietach. W tym czasie dziewczyna, która lubiła nosić rajstopy, a ja lubiłem dziewczyny w rajstopach, przysłała mi piosenkę (Ataxia "Montreal").
Mógłbym siedzieć na łóżku po kilku piwach, słuchać tej psychodelicznej muzyki i odpłynąć... O jakże tak chciałem!

Potem przysłała mi jeszcze link do strony z nowoczesną architekturą. Domy na odludziu, oszklone. Odwrotnie niż w piosence Myslovitz "Myszy i ludzie", bo autor tekstu wolałby mieć dom bez okien.

Powiedziała, że chciałaby być we wszystkich takich miejscach. Przykazałem, żeby wierzyła w marzenia, sam wierząc w pieszą podróż do Santiago de Compostela.


Casa no Geres, Canicada (Portugalia)


Tymczasem ruszyłem znacznie bliżej, bo na zamojskie Stare Miasto. Night clubbing. Skonsumowaliśmy najgorszego kebaba w mieście, a potem Paweł spotkał kolegów z wojska z Chełma. Ludzie, owszem, sympatyczni, żołnierze Wojska Polskiego, którzy niebawem ruszą na misję do Afganistanu. Swego czasu piłem z budowlańcami (i poległem), teraz czekała mnie przeprawa z wojskowymi.

Udaliśmy się do Broadway Club na karaoke. To tutaj dawniej w składzie fil. pol. śpiewaliśmy "Ściernisko". Właściwie ryczeliśmy i aż dziw, że wówczas nie wyrzucono nas z klubu.
Teraz, mając tego samego ducha, namówiłem kompanów na zamówienie Golec uOrkiestry. Była spora kolejka do śpiewu i musieliśmy długo czekać, a w międzyczasie sala się wykruszała. Mówiłem: "To nic, że będzie późno. Obudzimy tu wszystkich swoim śpiewem".

Chwile oczekiwania wypełniły mi zwierzenia jednego z kompanów o swojej przeszłości. "Szef wszystkich szefów". Kiedyś bardzo lubił grać na gitarze i pianinie, potem porzucił to i teraz bardzo tego żałuje. Przy okazji poznałem szczegóły budowy pianina, zapamiętałem tylko to, że najlepsze pedały nie są złote, a na środku (w takim kółeczku) powinno być logo firmy, która wyprodukowała ten instrument. Czasy, kiedy każdy poranek przed pierwszym wykładem zaczynałem od zagrania wstawki z "Titanica", minęły bezpowrotnie...
A wojskowemu kompanowi powiedziałem:
– Słuchaj, przecież nikt po godzinach pracy nie zabroni ci grać na pianinie. Tylko ty sam stoisz sobie na przeszkodzie. (Podobnie było z pewnym pasterzem Santiago).
– Jak tylko wrócę z Afganistanu, zacznę znowu grać.

Gdy przyszła kolej na "Ściernisko", przekazałem mikrofon wojakowi, który spośród nas najbardziej wyróżniał się pod względem śpiewu. I wnet jakaś dziewczyna zabrała mu mikrofon i powiedziała: "To nasza piosenka".
I tak oto inna grupka śpiewała do mikrofonu, a my co prawda z całych sił, ale w powietrze. Byłem zawiedzony.
Wojak powiedział do kumpla:
– Po chuj oddałeś mikrofon?
– Zabrała mi, bo lekko trzymałem, jakbym mocniej trzymał, to za chuj by mi nie zabrała.
Trzeba mieć nadzieję, że kondycja Wojska Polskiego jest jednak lepsza...

Spotkałem też pierwszego magistra klasy 3G... Miedziaka, który świętował obronę magisterki, a świętowanie, co było do przewidzenia, przedłużało się parę dni... Nieźle przypakował. Ja też miałem zamiar chodzić regularnie na siłkę, ale z przyczyn niewiadomych nie chodziłem. Może teraz byłbym taki jak on.
– Schrzaniłeś Mateusz – powiedział.
No fakt, ale może, tak jak z tym pianinem, nie wszystko jeszcze stracone...

Pytał, jak tam moje ostatnie lata. Podkuszony, w możliwie największym skrócie, opowiedziałem swoją nieciekawą historię, począwszy od długiej wiary w Świętego Mikołaja, a skończywszy na zmierzaniu ku licencjatowi.
Liceum to był najpiękniejszy czas w moim życiu. Bywały takie dni, że nawet, gdy wróciłem już ze szkoły do domu, to jeszcze się śmiałem. A nawet przed zaśnięciem, gdy mi się coś przypomniało. Mama wchodziła do pokoju i pytała: "Gorzej ci?".
Wtedy było dużo powodów do śmiechu.

Nadeszła pora wyjścia. Miedzio siedział ze swoją ekipą, a ja ich pozdrowiłem jako przedstawiciel PWSZ-u. Jedna z dziewczyn przyznała się:
– Ja też studiowałam na PWSZ-cie.
– Jaki kierunek?
– Politologię.
Ucałowałem ją w dłoń.

Znalazłem się tam, gdzie zwykle w takich sytuacjach – na stacji Statoil. Nie ma nic smaczniejszego przed snem niż hot-dogi za 4 zł z trzema sosami. Perspektywa rozejścia się była nieuchronna. Wpadłem na szalony pomysł. Czemu nie spacer o drugiej w nocy z koleżanką? Moja propozycja spotkała się z SMS-em zwrotnym o treści takiej, że koleżanka nie wyjdzie, bo ma mokrą głowę, ale jeśli jest potrzeba, to zaprasza do siebie. Napisała mi adres, a ja podążyłem zdecydowanie. Chwilami biegłem i raz upadłem. Jak David Ames. To mogła być "Vanilla sky", ale nie była, bo nie biegłem po miłość. Gdy tak leżałem, jakże daleki byłem od góry Tarnicy...



Przeceniłem swoje siły co do orientacji w terenie na pełnym baku, więc musiałem skorzystać z usług firmy zajmującej się przewozem osób. Aż strach pomyśleć, co by było, gdyby przyszło mi rozwozić pizzę w Lublinie.

Czas przewozu był krótki, bo odległość była nieznaczna. Na miejscu przeprosiłem taksówkarza za tak krótki kurs. "Ale za co pan mnie przeprasza?". No faktycznie, niedługo będę przepraszał, że w ogóle żyję.
Było już po trzeciej w nocy, gdy do niej wszedłem. Na wstępie powiedziałem: "Przepraszam, że tak późno cię nachodzę".

Siedzieliśmy w jej pokoju i rozmawialiśmy szeptem, bo reszta domowników była już w krainie snów.
– Co się stało?
– Nic, po prostu piłem z kolegami, ale nie chcę już iść do domu.
– Więc jednak naprawdę napadasz nocą na staruszki – zażartowała.
Nie wiem, jakich słów użyła, ale od razu powiedziała, że ja tu spać nie będę. I powiedziała to siedząc na łóżku z perfidnie rozkraczonymi nogami. Myślę sobie, no ładnie, od razu cię posądzono o niecne zamiary.
Wzięła po uwagę również drugą ewentualność, bardziej romantyczną: "Co to w ogóle ma być? Jakiś podryw?".
Nie no w sumie się nie dziwię. Nie każdy nachodzi tak późno. Ale spudłowała dwukrotnie. Chciałem tylko porozmawiać.

Mówiłem nieskładnie i pewnie bez sensu. Wymieniliśmy się wyobrażeniami o idealnych partnerach. Nie pamiętam, co mówiłem, nie pamiętam, co mówiła. Pamiętam, że wysunąłem aspekt tzw. "pozytywnego szaleństwa", które mogłoby się objawić np. spacerem o drugiej w nocy. Pomyślała, że to aluzja do niej. No nie, człowieku, cokolwiek powiesz, i tak będziesz zdyskredytowany.

– Przyszedł w ogóle ktoś kiedyś do ciebie o trzeciej w nocy?
– Tak, o czwartej dwadzieścia. Nie przejmuj się, ludzie robili gorsze rzeczy od ciebie.
Na koniec zacząłem mówić, że ja raczej swojego dziecka bym nie ochrzcił, ale ten temat wzbudził w niej senność, objawiającą się w ziewaniu. Pomyślałem, niech się dziewczyna wyśpi.
Oddała mi książkę Alice Sebold "Nostalgia anioła". Stwierdziła, że to kicz i nie powiedziała tego ze złośliwości, tylko szczerze. Ja chyba też jestem kiczem.

W przedpokoju powiedziała:
– Myślałam, że masz jakiś problem i szukasz w nocy kogoś, żeby pogadać, a ja dobra duszyczka pozwoliłam ci przyjść.
– Mam problem ze sobą i swoim życiem – powiedziałem śmiertelnie poważnie.
– To tak jak ja ostatnio.
Dodała po chwili:
– Będę śmiać się z ciebie do końca życia, przepraszam, do końca roku akademickiego. Powiem o tym twoim koleżankom, na przykład Basi Samulak.
– One i tak w to nie uwierzą.
Dodałem na ostatek:
– Dziękuję, że pozwoliłaś mi przyjść. Mało która katoliczka wpuściłaby mnie do domu o trzeciej w nocy – powiedziałem to z przekąsem, bo ona nie była katoliczką.

I znów przyszło mi wracać pustymi ulicami miasta. Szedłem z "Nostalgią anioła" w ręku. Kiczowaty człowiek z kiczowatą książką.

Nie przejmuj się tym, bo są rzeczy ważniejsze. Te słowa powiedziały mi kiedyś anioły, by dodać otuchy. A teraz również ja jestem aniołem, ale jakże innym. Aniołem Szemkelem, który wpierdala hot-dogi na stacji Statoil i w zadymionych poczekalniach dusz przelewa w siebie kolejne kufle.

Gdy sześć lat temu szedłem do domu z zakupioną książką, byłem pełen dziecięcej frajdy. Teraz wracałem z tą samą książką, już w innym czasie życia. Tak wiele się zmieniło. Książka była świadkiem mojej historii. Nie przeczytałem jej do tej pory.

11 marca 2010 r.






Zobacz też:
Ranking książek najbardziej nieprzeczytanych
Anioły | Angels
Herbert – Siódmy anioł (Seventh angel)
Szemkel
Otwórz oczy | Abre los ojos (1997)
Vanilla sky (2001)
Każdy szuka swego miejsca | Everyone looks for his place
Olga
Być jak wiatr | Be like a wind
Droga życia | The way of life
Szymborska – Wszelki wypadek
Poświatowska – *** (nie potrafię uskładać ze słów miłości...)
Wojaczek – Światełko
Różewicz – nie wypowiedziane
Karasek – Ofiara doskonałości
Barańczak – Grażynie
Przybora – Inwokacja (Bez ciebie)
Kofta – Jej portret
Nostalgia anioła | Nostalgia of angel
Dwadzieścia pięć | Twenty five
Osiemset trzy | Eight hundred three
Hey
Myslovitz – Ukryte
Pidżama Porno
Pustki
Sigur Ros
Bat for Lashes
Port-Royal
Klimt (Antoni Budzyński)
Loco Star
Edward Hopper
Georgia O'Keeffe
Z widokiem na twoje ucho