OSTATNIE SŁOWA | MY LAST WORDS
Dodane przez MasterZMC dnia 30.11.2015 23:13
Michał przekazał mi mikrofon i rzekł: Masz. Powiedz im to, co masz powiedzieć. Mówiłem mniej więcej tak: Witam was wszystkich! Mam nadzieję, że dobrze się dzisiaj bawicie i że zachowacie miłe wspomnienia z imprezy. Nazywam się Mateusz Sawczuk i chciałem krótko opowiedzieć wam o moim życiu.
Rozszerzona zawartość newsa

Sny bywają ostatnio niepokojące, to znaczy mają w sobie klimat niepokoju. To chyba dobrze – myślę sobie. Podobno takie sny zwiastują dobre rzeczy w życiu.

Ale ten sen nie miał w sobie nic z lęku. W klubie był jakiś koncert, może hiphopowy, może charytatywny, trudno powiedzieć. Prowadził go Michał, najlepszy wodzirej, współczesny Jerzy Stuhr. Staliśmy obaj obok malutkiej sceny i czekaliśmy aż wykonawca skończy swój występ. Gdy tak się stało, Michał przekazał mi mikrofon i rzekł: Masz. Powiedz im to, co masz powiedzieć. Wyczułem, że jego słowa są życzliwe, jakby mu bardzo zależało na moim wystąpieniu, jakby to była ważna sprawa również dla niego.

Wyszedłem na scenę i zacząłem mówić. Ludzi wcale nie było dużo. To był raczej taki kameralny klub, przypominający nasz zamojski BarCode albo Starą Bramę. Zauważyłem, że dużo osób nie słucha – albo rozmawiają, albo są zaabsorbowani bójką, która się zawiązała w rogu sali, co skutkowało tym, że ochroniarze musieli wyprowadzić delikwentów. Ale ja stałem i mówiłem nieprzerwanie, skupiając się na tym, co chciałem przekazać. Mówiłem mniej więcej tak: Witam was wszystkich! Mam nadzieję, że dobrze się dzisiaj bawicie i że zachowacie miłe wspomnienia z imprezy. Nazywam się Mateusz Sawczuk i chciałem krótko opowiedzieć wam o moim życiu. (…) Kiedyś po prostu żyłem z dnia na dzień, nie martwiąc się zbytnio tym, co przyniesie jutro, tak jak być może niektórzy z was. A dopiero gdy przyszła choroba, gdy dowiedziałem się, że jestem śmiertelnie chory, wszystko się zmieniło. Dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, że każdy dzień może być ostatni, że nie warto robić czegoś, czego się wcale nie chce i że w końcu można poświęcić czas na to, czego zawsze pragnąłem. Wiecie, wcześniej tak się tylko człowiek ciągle zabierał do tego, odkładał na jutro, a teraz okazało się, że naprawdę nie ma czasu. Nie będę dłużej przedłużał, bo na pewno chcecie się jeszcze pobawić. Proszę was o jedno: Spełniajcie marzenia!

To były moje ostatnie słowa. Spełniajcie marzenia. Garstka ludzi biła brawo po moim przemówieniu, do bardziej pijanej części może dotarły strzępki moich słów albo wcale, ale, powiem wam, że gdy stałem na tym podniesieniu i to wszystko mówiłem, czułem się szczęśliwy. Czułem się wolny jak Denzel Washington w filmie „Lot”, jakbym odkrył tajemnicę szczęścia, o której oni jeszcze nie wiedzą, jakbym opowiadał o ulubionym pisarzu albo był na jakimś spotkaniu religijnym i „dawał świadectwo przemiany”. Trudno w to uwierzyć, ale rzadko czułem się tak wolny w życiu poza snem.

Po przebudzeniu zacząłem się zastanawiać, o co chodzi… No dobrze, ostatnio często piszę o marzeniach, o tym, że warto do nich dążyć, ale przecież nie jestem chory… Może to podświadomy lęk po usłyszeniu reklamy radiowej: Zgaś papierosa, zanim on zgasi ciebie. A może wprost przeciwne, głęboko ukryte wewnątrz pragnienie choroby, albo raczej dojścia do sytuacji granicznej – odkrycia Matrixa powiedziałaby Ola – kiedy w końcu mówisz sobie: Pieprzę to wszystko, już nie muszę zajmować się tymi rzeczami, w końcu mogę robić to, czego chcę, czego zawsze chciałem. Pragnienie bycia wolnym, kiedy nie martwisz się już tym, co dawniej spędzało ci sen z powiek, bo to już nie ma znaczenia. Nic już nie muszę, a wszystko mogę – mówiła Elżbieta. Może kiedyś i ja znajdę się w takim punkcie życia.