„UCZELNIA KORZYSTA Z POTENCJAŁU SWOICH STUDENTÓW”
Dodane przez MasterZMC dnia 09.05.2014 12:30
O studiach, fotografii i prawdziwych emocjach – rozmowa z Markiem Ćwikiem, zawodowym fotografem i absolwentem PWSZ w Zamościu
Rozszerzona zawartość newsa

O studiach, fotografii i prawdziwych emocjach – rozmowa z Markiem Ćwikiem, zawodowym fotografem i absolwentem PWSZ w Zamościu



Skończyliśmy studia w tym samym roku?
Chyba tak, bo pamiętam, jak martwiliśmy się, kto nam napisze prace (śmiech).

A no tak… Ostatecznie musieliśmy sami się za to zabrać i chyba nie najgorzej nam to wyszło… Pozwól, że na początku rozmowy cofniemy się do roku 2007, kiedy to po maturze trzeba było zadecydować o dalszej edukacji. Co skłoniło Cię do wyboru studiów na kierunku politologia w PWSZ w Zamościu?
Z tego, co pamiętam, wybór dalszej ścieżki edukacyjnej był u mnie bardzo zawiłym i chyba nie do końca wyjaśnionym procesem, dlatego nie było jednego konkretnego powodu, dla którego wybrałem PWSZ. Jak większość maturzystów z naszego regionu przez cały okres liceum swoją przyszłość jako studenta wiązałem z jedną z lubelskich uczelni (oczywiście państwowych). Przyrodniczy i Medyczny nie pasowały do mnie już z nazwy, KUL… no cóż, kojarzył mi się i nadal kojarzy z uczelnią dla administracji, kadry naukowej etc., ale nie dla studentów. Wyborem idealnym był zatem UMCS. No i właśnie przy rozmowie o nim (chyba z nauczycielem w liceum) po raz pierwszy usłyszałem o PWSZ. Kiedy ja byłem w klasie maturalnej, uczelnia ta działała dopiero pierwszy rok, ale każdy mówił o niej jedno, że wykładać będzie tam głównie kadra z UMCS-u. Bardzo mnie to zaciekawiło, dlatego postanowiłem sprawdzić, ile jest w tym prawdy. Okazało się, że wszystko się zgadza i od tamtego czasu zacząłem myśleć o PWSZ jako uczelni dla mnie. W tym samym czasie zaczynałem stawiać pierwsze kroki jako fotograf i bardzo na rękę było dla mnie studiowanie w Zamościu, no i klamka zapadła. Gdyby ktoś miał wątpliwości czy byłem pewien swojej decyzji, to mogę dodać, że podanie na studia złożyłem tylko do PWSZ i nigdzie więcej. Wybór kierunku był już łatwiejszy, ponieważ w liceum uczyłem się na profilu dziennikarskim i chciałem kontynuować ten humanistyczny trend, stąd padło na politologię.


Studenckie Koło Stosunków Międzynarodowych, rok 2009

W bieżącym roku akademickim Studenckie Koło Stosunków Międzynarodowych obchodzi swoje pięciolecie. Byłeś w grupie osób, które przyczyniły się do powstania tej organizacji studenckiej, a wiele inicjatyw, podjętych przez Was, jest kontynuowanych do tej pory. W jakich akcjach, w ramach SKMS-u, brałeś udział i co dała Ci działalność w kole naukowym?
Oj, działo się. Koło było młodą organizacją i w sumie jako założyciele mieliśmy niewiele czasu na działanie, bo tylko niecałe dwa lata, ale zdążyliśmy zorganizować w tym czasie wiele ciekawych akcji. Osiągnięcie, z którego byliśmy wtedy najbardziej dumni, to dwie debaty polsko-ukraińskie. Co ważne, jedna z nich odbyła się u naszych wschodnich sąsiadów, więc było to wydarzenie wymagające nie tylko pod względem merytorycznym, ale i logistycznym. Z mniejszych akcji mogę wspomnieć happening „pępek Europy” czy pomoc w organizacji konferencji w zamojskim ratuszu. Kiedy rozmawiamy o działalności SKSM-u, nie mogę nie wspomnieć o człowieku, dzięki któremu to wszystko się zaczęło, a mianowicie o doktorze Łukaszu Potockim. Nie był to kolejny „gość” powtarzający w kółko: „możemy zrobić to”, „możemy zrobić tamto” i na tym koniec. On po prostu pewnego dnia przyszedł i powiedział: „zróbmy to”, a następnego dnia przeszliśmy do działania. W kole naukowym pan doktor był naszym motorem napędowym, „szefem”, a jednocześnie jednym z nas. Jest to do dziś bardzo fajnym wspomnieniem i jeśli pytasz, co dała mi działalność w kole, to muszę powiedzieć, że przede wszystkim szansę poznania bliżej ciekawych ludzi. Nagle okazało się, że każdy z nas ma w sobie jakąś pasję, szalone pomysły, które można kreatywnie wykorzystać i że jesteśmy do siebie bardzo podobni w swojej inności. Oczywiście działalność w takiej organizacji niesie za sobą też inne korzyści, jak możliwość rozwoju, odskocznię od klasycznej formuły nauki itp., jednak to ludzie są ich największą siłą.

Spora rzesza osób, gdy słyszy Twoje imię i nazwisko, natychmiast kojarzy Cię albo z fotografią, albo z filmowaniem, albo z projektami graficznymi. Powiedz, jak wyglądały kolejne etapy fascynacji tymi dziedzinami.
Ha, ha, to jest dopiero skomplikowane pytanie. Spoglądając jednak wstecz, do samych początków, mogę powiedzieć, że wszystko zaczęło się w sumie dość banalnie, bo od zwykłego kursu Photoshopa, zorganizowanego jeszcze w liceum przez mojego nauczyciela informatyki. Dzisiaj wiem już, że robiliśmy tam podstawowe i bardzo proste rzeczy, ale właśnie dzięki nim „zaciągnąłem” się po raz pierwszy edycją grafiki. Kiedy w późniejszym czasie, już na własną rękę, zacząłem rozwijać swoje umiejętności z obsługi tego programu, siłą rzeczy coraz częściej potrzebowałem zdjęć na których mógłbym trenować. I tu pojawił się pierwszy aparat, amatorska cyfrówka i zderzenie z rzeczywistością. To, co widziałem w Internecie, czy literaturze, ni jak miało się do kadrów z mojego aparatu, ale nie poddałem się tak łatwo i ćwiczyłem dalej – samą obróbkę, bo prostota aparatu, jaki wtedy posiadałem, nie pozwalała na nic więcej – ciągle odczuwając jednak niedosyt i brak satysfakcji. Zmobilizowało mnie to jednak do zakupu kolejnego aparatu, tym razem kilka klas wyżej. Nie był to szczyt marzeń, ale i tak była to niezła i dość zaawansowana lustrzanka. Dzięki niej stałem się naczelnym fotografem wśród znajomych i rodziny, w międzyczasie zaczynając też „zabawę” z kamerą i montażem filmików. Po kilkunastu darmowych zleceniach u rodziny etc. zaczęły się pojawiać pierwsze propozycje zleceń komercyjnych. Byłem wtedy na studiach i żeby zacząć myśleć o fotografii i filmowaniu jako pracy musiałem zainwestować sporą gotówkę w sprzęt. Los chciał, że mój znajomy otwierał akurat własne studio i załapałem się tam na próbę. Dostałem do dyspozycji dość dobry sprzęt, ale przede wszystkim szanse rozwoju i praktyki w zawodzie. Minęło kilka lat i z praktykanta stałem się głównym operatorem. A rok temu otworzyłem własną firmę zajmującą się głównie fotografią. Tak to wyglądało w bardzo dużym skrócie.


Sesja ślubna autorstwa Marka Ćwika

Kiedyś w telewizji emitowany był program „Śmiechu warte”, w którym pokazywano przesłane przez ludzi filmiki z zabawnymi i niezaaranżowanymi sytuacjami. Z jakimi śmiesznymi sytuacjami Ty się spotkałeś w swojej pracy?
W moim zawodzie liczy się niejednokrotnie dyskrecja, dlatego przypuszczam, że najbardziej soczyste kąski takich historii muszę zachować dla siebie. Jednak mogę powiedzieć tyle, że najwięcej takich sytuacji zdarza się chyba na weselach albo tuż przed. W naszym regionie szczególnie na obszarach wiejskich popularne są tzw. „bramy”. Chyba każdy, kto był kiedyś na weselu, widział jak lokalni degustatorzy napojów wyskokowych blokują przejazd pana młodego do jego wybranki, żądając jedynego słusznego myta w postaci „połóweczki”, a najlepiej czterech – zawsze w takich sytuacjach przychodzi mi na myśl elita panów z ławeczki w Wilkowyjach w serialu „Ranczo”. Moim zdaniem to właśnie oni są autorami najśmieszniejszych sytuacji i tekstów w mojej pracy. Większość z tych rzeczy trzeba zobaczyć, aby zrozumieć, jednak żeby nie być gołosłownym przytoczę pewien dialog:
Świadek Pana Młodego: Proszę nas przepuścić, bo nie zdążymy do kościoła
Pan blokujący przejazd: Ni chu…a!
ŚPM: Dobra, to damy połóweczkę za przejazd.
PBP: Ni chu…a!
ŚPM: Ok. Naprawdę musimy już jechać damy dwie i wszyscy będą zadowoleni.
PBP: Ni chu…a!!!
ŚPM: Ostatnie słowo – dajemy trzy.
PBP: Niech was Pan Bóg błogosławi…
Zabrał taborecik, którym blokował przejazd, alkohol i odszedł spokojnie do domu.

Marek Ćwik i zespół Enej - Juwenalia PWSZ 2014
Marek Ćwik z zespołem Enej – juwenalia PWSZ 2013

Historia rodzi się na naszych oczach, choć często nie zdajemy sobie z tego sprawy. Jakie wydarzenia uczelniane dokumentowało „oko” Twojego aparatu lub Twojej kamery?
Z radością muszę powiedzieć, że było sporo takich wydarzeń. Z przyjemnością uwieczniłem już obydwie edycje festynów lotniczych, jedne z juwenaliów, klika inauguracji roku akademickiego, koncert zespołu Enej oraz kilka filmów promocyjnych. Wykonałem też sesję fotograficzną, która była jedną z głównych nagród w konkursie PWSZ. Muszę tutaj zaznaczyć, że moja współpraca z uczelnią zaczęła się jeszcze w czasach, kiedy byłem jej studentem.

Hasło reklamowe zrealizowanego przez Ciebie, wespół z Działem Rozwoju, filmu promocyjnego brzmi: „PWSZ to uczelnia dla mnie i dla ciebie”. Co, według Ciebie, z perspektywy absolwenta przemawia za wyborem tej właśnie uczelni?
Już jako absolwent miło wspominam kadrę naukową oraz ogólnie rzecz biorąc wszystkich ciekawych ludzi, których poznałem na tej uczelni. Drugą bardzo fajną rzeczą, którą ja dostrzegam szczególnie mocno, jest to, że uczelnia bardzo chętnie korzysta z potencjału swoich studentów i chętnie pomaga im, jeśli to tylko możliwe, wychodząc poza typowe ramy w relacjach student – uczelnia. Zauważ, że pierwsze zlecenia dla PWSZ wykonywałem jeszcze jako student, a współpracujemy owocnie do tej pory. To bardzo miłe, że uczelnia nie szuka zleceniobiorców wśród „obcych”, tylko wśród studentów/absolwentów. Ja przecież nie jestem jednostkowym przypadkiem. Bardzo dużo moich kolegów studentów pracowało lub pracuje dla PWSZ. Chyba nawet naczelny „Skafandra”. Kiedy jako absolwent chciałem rozwinąć swoją działalność i potrzebowałem referencji, również mogłem liczyć na bardzo pomocny list polecający z uczelni. Nie można w tym wszystkim zapomnieć, że jest to bardzo nowoczesna uczelnia, potrafiąca doskonale odnaleźć się na, jakże trudnym w dzisiejszych czasach, rynku edukacyjnym. Moim zdaniem to jedyna uczelnia w Zamościu, której dyplom jest traktowany z należytym szacunkiem na dalszej drodze. A chyba o to głównie chodzi. Wiem z doświadczenia swojego i znajomych.

Był rok 2009, kiedy na prężnie działającym forum studentów PWSZ, przeczytałeś zamieszczone przeze mnie ogłoszenie z zachętą do współpracy w ramach nowego czasopisma studenckiego. W ten sposób dołączyłeś do grona najbliższych aliantów „Skafandra”. Które z naszych wspólnych działań wspominasz ze szczególnych sentymentem?
No tak, czas mija nieubłaganie i faktycznie niektóre z naszych działań można już tylko powspominać. Ciężko zdecydować, do którego czuję największy sentyment, bo cała nasza współpraca to kawał miłych doświadczeń, jeśli jednak już muszę wybierać to myślę, że była to realizacja jednego z filmików promocyjnych pt. „Skafander REC”. Bardzo dużo ludzi było zaangażowanych w tę produkcję, a niektóre sceny były karkołomne, co za tym idzie całkiem nieźle bawiliśmy się przy realizacji… Teraz, kiedy zajmuję się już tylko fotografowaniem, tym bardziej łezka się w oku kręci na myśl o filmie.

Pozwól, że nawiążę tym razem do Twojego hasła reklamowego i zapytam, jaką pracę należy wykonać, aby dzięki „cyfrowym technologiom” ukazać „prawdziwe emocje”?
Może zacznę od tego, skąd w ogóle pomysł na takie hasło. Bardzo często, szczególnie w sieci, można spotkać się ze stwierdzeniem, iż dobry fotograf, to i na słabym – nie mylić ze starym lub analogowym – sprzęcie zrobi kapitalne zdjęcia. Ja należę do garstki osób, które mają to stwierdzenie za wyssane z palca, a nawet dziesięciu palców. Owszem, wiedza i doświadczenie pomoże uzyskać lepsze kadry, jak te uchwycone przez laika, jednak i tak większość, jeśli nie wszystkie, będą nadawały się do kosza. Mówiąc krótko, bez porządnego „szkła” i matrycy dobrych zdjęć nie będzie. Dlatego też od pewnego czasu korzystam w pracy tylko z pełno klatkowego aparatu i stało ogniskowych obiektywów. Jako że w dzisiejszej dobie nasze lustrzanki wspierane są przez potężnie zaawansowaną elektronikę, a większość zdjęć przechodzi obróbkę na komputerach, stąd pierwsza część hasła: „cyfrowe technologie”… No właśnie to, co może nas wzmocnić, może też nas zabić. Dlatego trzeba bardzo uważać, aby w tym cyfrowym świecie nie zgubić tego, co w fotografii najważniejsze, czyli „prawdziwych emocji”. Jaką pracę należy wykonać, żeby je ukazać? No cóż. W zależności od tego, co będziesz fotografował, czy ewentualnie nagrywał, musisz przygotować się do tego wydarzenia, aby jak najmniej rzeczy mogło cię zaskoczyć. Daje ci to gwarancję opanowania i większej pewności siebie, dzięki czemu będziesz osobą bardziej naturalną i otwartą na ludzi. I chyba właśnie w tym tkwi cały sekret. Jeśli jesteś człowiekiem otwartym, prędzej czy później bariera między tobą a fotografowanymi ludźmi stopnieje do zera. Wtedy ty i twój aparat staniecie się ich przyjaciółmi, z którymi będą się chętnie spotykać i przy których nie będą się wstydzili obnażać swoich emocji. Oczywiście podczas krótkiej sesji masz bardzo ograniczony czas na stworzenie takich relacji, ale na dłuższych imprezach (np. ślub) jest już go wystarczająco dużo.

Miss PWSZ 2013 (25 of 36) - fot. Marek Ćwik
Sesja Miss PWSZ 2013

Jak Ci się pracowało z Miss PWSZ Anną Puntus, podczas sesji fotograficznej?
Mógłbym odpowiedzieć jednym słowem: Rewelacyjnie. Ania to bardzo sympatyczna, a zarazem konkretna osoba. Nasza sesja nie trwała zbyt długo, jednak spędziliśmy ją w świetnej atmosferze. Byłem bardzo mile zaskoczony jej profesjonalnym podejściem do tematu. Wie, czego chce, ale potrafi też słuchać, a to bardzo ważne. Współpraca z nią to była czysta przyjemność.

Sesja fotograficzna to także jedna z nagród, ufundowanych przez Ciebie, w ogłoszonym w naszej gazecie konkursie Miss Skafandra. Czego może spodziewać się przyszła zwyciężczyni? Czy będą akty w plenerze?
A redaktora jak zwykle żarty się trzymają. Mówiąc całkiem serio, z mojego punktu widzenia, akty to wbrew pozorom najtrudniejsza i bardzo delikatna dziedzina fotografii i jeżeli podejmować się tego wyzwania, to tylko z profesjonalną modelką. Ja nawet w takich okolicznościach nie zdecydowałbym się na sesję tego typu, ponieważ nie pasuje ona do mojego stylu ani tematyki, którą preferuje. Czego może spodziewać się zwyciężczyni? To zależy kto wygra. Śledzę na bieżąco wyniki głosowania i mam już kilka pomysłów dla potencjalnej miss. Jednak image prowadzących kandydatek jest bardzo zróżnicowany i na razie zbyt wcześnie mówić o konkretach. Poza tym, po rozstrzygnięciu konkursu trzeba wszystko ustalić ze zwyciężczynią i to głównie od jej preferencji będzie zależał styl sesji.

Stosunkowo niedawno na jednym z balkonów kamienicy przy ul. Pereca 2 pojawił się baner „Skafandra”. Komentując na Facebooku zdjęcie tego baneru, napisałeś żartobliwie: „Jakiejś pięknej nocy podczepię się ze swoim pod spodem”. A tak na poważnie, jakie będą Twoje dalsze poczynania i czego można Ci życzyć?
Ha, ha, no tak… Właściwie w życiu wszystko się może zdarzyć i lepiej niczego nie planować, bo wyjdzie wręcz przeciwnie, ale gdybym miał się o to pokusić, to jedno jest pewne: resztę życia chcę spędzić przy swojej kobiecie i aparacie. Jeśli tak będzie, to można życzyć mi tylko, by trwało to jak najdłużej. Co do baneru, to pomyślimy… Jakieś małe studio jeszcze żadnemu fotografowi nie zaszkodziło, ale na razie nie zdradzam więcej szczegółów.

Rozmawiał Mateusz Sawczuk
„Skafander. Bezpłatna Gazeta Akademicka” 2014, nr 6 (57), s. 6–7



Filmy zrealizowane przez Marka Ćwika:











Zobacz też:
Oficjalna strona Marka Ćwika