„ROZWIJANIE TALENTU TO SIŁOWANIE SIĘ Z SAMYM SOBĄ”
Dodane przez MasterZMC dnia 23.04.2014 14:05
Cały czas trzymaliśmy kciuki i wierzyliśmy, że kiedyś będziemy mogli przekazać tę wiadomość… Michał Rycaj został mistrzem świata we freestyle football! Więcej o tym, jak wyglądała droga Michała do tytułu mistrza, a także o jego sportowej i muzycznej pasji przeczytacie w rozwinięciu.
Rozszerzona zawartość newsa

Reportaż o Michale Rycaju, mistrzu świata we freestyle football

Polska światową potęgą
Spotykam się z mistrzem świata we freestyle football w dniu, w którym Kamil Stoch przypieczętował zdobycie swojej pierwszej Kryształowej Kuli. Światowa Federacja Freestyle Football F3 miała zamysł, aby – podobnie jak to się odbywa w Pucharze Świata w skokach narciarskich – wyłonić najlepszego freestylera na świecie na podstawie punktów zdobytych w kilku turniejach. Ostatecznie w ramach F3 World Tour zorganizowano dwa turnieje – w Dubaju i w Londynie – choć plany były większe. Zarówno w mieście Sherlocka Holmesa, jak i u stóp najwyższego wieżowca świata najlepszy, spośród 16 freestylerów, okazał się student turystyki i rekreacji PWSZ w Zamościu Michał Rycaj ps. Michryc. Drugie miejsce w końcowej klasyfikacji zajął również Polak – Łukasz Chwieduk ps. Łuki, a podium uzupełnił Norweg Tobias Brandal Busæt. Na siódmym miejscu znalazł się kolejny reprezentant kraju nad Wisłą Szymon Skalski ps. Szymo. Jest to o tyle istotne, że najlepsza ósemka ma zapewniony udział w kolejnych mistrzostwach świata. Warto podkreślić, że aktualny mistrz Polski Michał Rycaj jest jednocześnie mistrzem świata, a wicemistrz Polski Łukasz Chwieduk wicemistrzem świata. Czy można wyobrazić sobie coś wspanialszego?

Z bieżni na lód
Na ścianie w pokoju Michryca wisi jego zdjęcie, jeszcze z czasów podstawówki. Ma na sobie koszulkę z napisem „sport”. Interesował się sportem od dziecka. Najpierw tradycyjnie była piłka nożna, ale był też czas, kiedy chciał być lekkoatletą. W szkole podstawowej startował w Czwartkach Lekkoatletycznych w Zamościu. Raz wygrał klasyfikację w rzucie piłeczką palantową, a dwa razy w biegach na 60 m. Trener z Agrosu Marek Kucharski zaproponował mu zapisanie się do klubu, ale triumfator Czwartków nie zdecydował się na to. – I chyba dobrze się stało – mówi Michał.

Freestyle football zaczął trenować w roku, w którym powstała Państwowa Wyższa Szkoła Zawodowa w Zamościu, czyli w 2005. Wtedy pewnie jeszcze nie przypuszczał, ani że będzie studentem zamojskiej uczelni, ani że będzie najlepszym freestylerem na świecie. Zainspirowały go filmy ojców tej dyscypliny w Polsce Tomasza Lebiockiego ps. Lebioda oraz Łukasz Psonki ps. Psona, którzy obecnie kierują Polską Federacją Freestyle Football (ang. Polish Freestyle Football Assocation) i popularyzują tę dyscyplinę w naszym nadwiślanym kraju.

Pierwsze dwa lata treningów skupiałem się tylko na trickach na stojąco. Ten sport nie był wtedy tak rozwinięty, jak dzisiaj. Tricki, które teraz istnieją, wówczas wydawały się niemożliwe do zrobienia. Teraz, gdy ludzie zaczynają przygodę z freestyle football, to mają do dyspozycji pełno tutoriali i dzięki temu o wiele szybciej się rozwijają – mówi mistrz świata.

Mieszkaniec Jarosławca na trening poświęca 2,5–3 godzin dziennie. Jego ulubionym miejscem treningowym jest zamojski park. W okresie zimowym ćwiczy we własnym w pokoju, widać to po ubitych gdzieniegdzie ścianach. – Zimą robię też sobie taki nietypowy trening, że wysypuję popiół na lód i ćwiczę air, czyli tricki na stojąco. Jak człowiek to opanuje, to potem na normalnym podłożu jest już łatwiej, leci się.

Z Paryża do Paryża
Kilka lat temu, wspólnie z trzema kumplami z Lublina, Radzynia i Warszawy, postanowił zrobić sobie dziesięciodniową wycieczkę do Paryża, aby wykonywać tam uliczne pokazy z piłką i zarobić trochę grosza. Znajomy, który handluje samochodami, przetransportował ich za darmo w zamian za przysługę, kiedyś w przyszłości. Na miejscu dowiedzieli się, że bilety z ich hotelu do centrum Paryża kosztują, przeliczając na polskie, w jedną stronę 40 zł, czyli codziennie przez 10 dni trzeba było płacić 80 zł, żeby dostać się do stolicy. – Okazało się, że to nie był taki piękny, beztroski czas, tylko walka o przetrwanie – mówi Michał. Próbowali przechytrzyć system paryskiego metra, jeden z nich wchodził, wkładał bilet do automatu i potem wchodzili w czterech.

Pojechali do miasta nad Sekwaną robić pokazy, ale, jak przyznaje Michryc, w ogóle nie mieli doświadczenia. – Myśleliśmy, że jak wyjdziemy na ulice, postawimy kapelusz, zrobimy parę tricków, to ludzie nagle zaczną przed nami klękać, a wcale tak nie było, bo Paryż to miasto, w którym sztuka ulicznych pokazów jest bardzo dobrze rozwinięta. Są niepisane zasady – każda grupa tancerzy, żonglerów, czy innych artystów ma swoją określoną godzinę, na którą się umawiają, jest kontakt z publiką, a my zakłóciliśmy im cały porządek.

Upatrzyli sobie fajne miejsce do zbierania kasy… przed katedrą Notre Dame, ale okazało się, że nie można tam robić żadnych pokazów, w przeciwnym razie policja wlepia mandaty. – Było nas czterech, więc dwóch z nas robiło pokazy, a dwóch stało na czatach, na takiej podwyższonej ławce, i patrzyło, czy idzie policja.

Myśleli, że będą zarabiać „tysiaka” dziennie, a wrócili do kraju na minusie, na szczęście niewielkim. Mimo to Michał z dużym sentymentem wspomina tamtą szaloną wyprawę.

Można powiedzieć, że historia zatoczyła koło. Kiedyś jechał do stolicy Francji, żeby zbierać pieniądze do kapelusza, a teraz (12 kwietnia) pojedzie tam na oficjalną dekorację medalistów Mistrzostw Świata Federacji F3.


Wyższy level
Tak jak w grach komputerowych, pokonując przeciwników, można wskoczyć na wyższy poziom, tak samo i we freestyle football można udowodnić sobie i światu, że jest się już lepszym zawodnikiem niż dawniej. Domyślam się, który moment był taki przełomowy w karierze Michała, a on to potwierdza… Półfinały turnieju w Dubaju (F3 World Tour), na backstage’u zostało czterech zawodników, Pedrinho i Luki rozgrzewali się gdzieś z boku…

Nie zapomnę tej chwili bezpośrednio przed walką – relacjonuje Michryc. – Ja z Hendersonem mijaliśmy się nawzajem, każdy skupiony w swoich myślach przed pojedynkiem, aż ciary przechodziły. A w tle jeszcze leciała nutka, do której mam szczególny sentyment, bo towarzyszyła mi, kiedy zaczynałem przygodę z freestyle football Dj Nas’D – Place to be.

Atmosfera niemal jak przed pojedynkiem bokserskim. Nie ma co się dziwić. Michryc chciał zawsze dorównać Andrew Hendersonowi, który od lat święcił triumfy w różnych zawodach, a w 2011 r. to właśnie Anglik pokonał Polaka w drodze do finału Mistrzostw Świata w Malezji (pierwszych zorganizowanych przez Federację F3). W Dubaju przyszła pora na rewanż. – W czasie walki pomyślałem sobie, że to jest koleś, z którym zawsze chciałem walczyć, którego zawsze chciałem pokonać, a teraz mam wyśmienitą okazję ku temu. Chociaż wygrałem, to wcale niejednogłośnie, bo walka była tak wyrównana, że równie dobrze mógł wygrać on, ale sędziowie wskazali na mnie.

Michryc wygrał w stosunku 2:1, a potem w finale rozprawił się z Brazylijczykiem Pedrinho 3:0. W ten oto sposób Polak nie dość, że pokonał swojego odwiecznego rywala, to jeszcze odebrał mu tytuł mistrzowski. Henderson ostatecznie znalazł się poza podium, na nielubianym przez sportowców czwartym miejscu.

Michryc tworzy historię
Oglądam skrupulatnie jego puchary na półce, żeby niczego nie pominąć. Super Ball Praga 2012 – drugie miejsce. Mistrzostwa świata – brązowy medal w Malezji (2011) i złoty medal za rok 2013.
Może zagrają ci hymn Polski w Paryżu?
W Malezji nie było hymnów, ale rzeczywiście fajnie by było usłyszeć hymn swojego kraju.

A w zawodach krajowych radzi sobie równie świetnie. W 2008 wicemistrz Polski, w 2011 i 2012 już mistrz i tytuł ten ma do tej pory, bo w ubiegłym roku nie było zawodów. Dostrzegam jeszcze jeden, zagadkowy puchar, na którym jest napisane: „Zwycięstwo w Międzynarodowych Mistrzostwach Polski 2010 r.”.
To były takie zawody, w których mogli brać udział zawodnicy z innych krajów, a zwycięzca otrzymywał taki dziwny tytuł międzynarodowego mistrza Polski – wyjaśnia Michryc i po chwili namysłu dodaje: – Czyli co? Trzy razy byłem mistrzem Polski?
Na to wygląda – odpowiadam, rad z naszego wspólnego odkrycia.

Przed nim kolejne sportowe cele do osiągnięcia. Chciałbym odnieść sukces w prestiżowych zawodach, w których dotychczas nie miał szczęścia, a są to: Red Bull, Super Ball i Mistrzostwa Europy. Jest teraz w życiowej formie, więc szansa na pojawienie się nowych pucharów w jego pokoju jest bardzo duża.



Duet mistrzowski
Na pierwszy rzut oka może dziwić, że obecni mistrz i wicemistrz Polski są dobrymi kumplami. Jednak osoby interesujące się nieco bardziej tą dyscypliną sportu wiedzą, że polscy freestyle’owcy żyją w niezwykłej komitywie. Duch rywalizacji nie idzie w parze z wrogością. Zawodnicy najpierw rywalizują ze sobą, a po skończonych zawodach idą razem na piwo.

W 2011 r. w Pradze odbywały się otwarte mistrzostwa świata, czyli takie, w których każdy mógł wziąć udział z przysłowiowej ulicy, bez wcześniejszych kwalifikacji. Jedną z konkurencji było double routines, czyli pokazy w duetach. – Łukasz Chwieduk, który jeszcze wtedy nie był moim bliskim kumplem, zaproponował, żebyśmy zrobili coś wspólnie na double routines. Nie chciałem, ale namówił mnie po pół godziny. Mieliśmy do występu może godzinę i ułożyliśmy tak dobry pokaz, że zajęliśmy drugie miejsce, podczas gdy inne ekipy przygotowywały się miesiącami.

Właśnie wtedy w Pradze przyszli medaliści mistrzostw świata „zakumplowali się” bardziej i wpadli na pomysł, że będą układać różne choreografie, tricki i robić pokazy w duecie. Pomysł wypalił, co jakiś czas są wynajmowani na mniejsze i większe eventy. Jakie? Występowali np. podczas kolacji UEFA, na której obecny był sam Michel Platini, w przeddzień EURO 2012, czy też w przerwie meczu Legia Warszawa – Austria Wiedeń podczas Deyna Generali Cup i na wielu innych tego typu wydarzeniach.

Kolejnym zajęciem zarobkowym dla freestylerów są reklamy. Co prawda polscy freestylerzy rzadko są do nich zapraszani, ale Michałowi zdarzyło się to już dwukrotnie. Wziął udział w reklamie kanału sportowego i, o dziwo, jego zadanie polegało tylko na… przyjęciu piłki i podaniu do drugiej osoby. Swoje umiejętności mógł za to zaprezentować w reklamie jednej z sieci komórkowych, która jest emitowana od marca br. Trzyma telefon na stopie i podbija do góry, ten trick w żargonie freestyle’owym określa się jako dragon.

Poszukiwani ludzie do kapeli
Kiedy Michryc nie odbija piłki, najchętniej zajmuje się tworzeniem muzyki… Ta pasja pojawiła się mniej więcej w tym samym czasie, co freestyle. Był wtedy zafascynowany hip-hopem. Zaczął robić podkłady hiphopowe w programie E JAY, były gotowe dźwięki, które trzeba było złączyć w jedno i miało się wrażenie, że tworzy się własną muzykę. Teksty też pisał samodzielnie. – Starałem się z sensem – mówi z uśmiechem. Wypuścił kilka kawałków i odbiór był pozytywny. Ale nie poszedł w stronę tego gatunku. – Chyba chciałem być po prostu fajny. Teraz coś mnie drażni w tej muzyce. Wielu raperów robi z siebie bożków, a nie mają nic sensownego do przekazania. Mimo to dla Michryca istnieje kilku raperów godnych szacunku, których treści są godne uwagi.

Gdy ekscytacja hip-hopem przeminęła… – Zobaczyłem, jak mój kuzyn gra na gitarze, typowo rockowe kawałki. I mówię sobie: „To jest to! To jest wyższa szkoła jazdy. Też chcę tak grać”. W krzyku do mikrofonu nie odnajdywałem tego, czego szukałem w muzyce. Wyobrażałem sobie, jak wydobywam dźwięki z gitary.

Kupił gitarę klasyczną i powolutku, powolutku uczył się chwytów. Typowy samouk, tak samo jak we freestyle footballu. Potem zmienił gitarę na elektryczną, dokupił jeszcze keyboard i perkusję i w komputerze składa dźwięki w jedno, dzięki temu brzmi to jak jeden zespół. Zwykle jest to długotrwały proces, bo w tym względzie Michryc jest perfekcjonistą, czasami może robić dwuminutowy podkład przez tydzień, siedząc po 5 godzin dziennie. Tak było choćby z podkładem, który został wykorzystany w filmie promocyjnym PWSZ w Zamościu [„PWSZ to uczelnia dla mnie i dla ciebie” – przyp. red.].

Michał marzy o tym, żeby zebrać ludzi, mających podobną do niego wizję muzyki, i założyć własną kapelę. Jak sam przyznaje, tworzy taki dziwny mix, na który składa się elektronika, rock i reggae. Swoją muzykę określa jako alternatywna elektronika z elementami indie rocka. Jednym z ulubionych zespołów Michała jest Lemaitre. Ponadto student turystyki inspiruje się też taki typowo rockowymi zespołami, jak np. Arctic Monkeys.
Może publikacja w „Skafandrze” pomoże w założeniu zespołu – podbudowuję go.
Mam taką nadzieję. Jak są już choćby dwie osoby, to jest większa szansa, że znajdzie się kolejna.

Z „Mam Talent” do PWSZ
Dostrzegam na szafce naklejkę programu „Mam talent”. Gdy była pierwsza edycja w 2010 r., to pojechał na casting razem z Pawłem Wierzchowskim, który też jest freestylerem z Zamościa. Przeszli precastingi, występowali potem przed głównymi jurorami – Chylińską, Wojewódzkim i Foremniak. – Byliśmy totalnymi amatorami, zmienialiśmy całą naszą choreografię przed występem. Dostaliśmy trzy razy „nie”. Powiedzieli nam, że mamy talent, ale musimy go jeszcze dopracować i mieli absolutną rację.

A teraz Michał sam ocenia młode talenty w konkursie „PWSZ ma talent”, organizowanym rokrocznie w ramach zamojskich Dni Kultury Studenckiej. Gdy pytam, kto zrobił na nim duże wrażenie i jakoś szczególnie zapadł w pamięć, odpowiada: – Wiktor Robaczyński, pierwszy zwycięzca tego konkursu, który wykonuje taniec elektro. W pewnym stopniu przypomina to, co ja robię.

Wracając do freestyle’u… dużo jest osób w Polsce, jak przyznaje Michał, które kiedyś miały ogromny potencjał i aktualnie byłyby miotaczami, a po prostu przestali ćwiczyć, bez większego powodu, bo się nie chciało, bo siłownia, bo dziewczyna… Dzisiaj byliby czołówką światową. Zdecydowana większość na szczęście cały czas ćwiczy.
Co byś powiedział tym, którzy mają talent, ale przeżywają jakiś kryzys, chwile zwątpienia?
Rozwijania talentu nie należy tylko postrzegać jako drogę usłaną różami, ale również siłowanie się z samym sobą. Niektóre osoby mają taki pogląd, że trzeba ćwiczyć, kiedy się chce, że nic na siłę. A właśnie, że czasem trzeba na siłę, żeby to zaowocowało w przyszłości i dało piękne efekty, których człowiek nawet się nie spodziewa. Jeśli masz ambicję, żeby zrobić coś więcej, to rygor jest niezbędny, inaczej się nie da.

Mateusz Sawczuk
Fot. Disha’s Media, Freestyle Football Federation, ludivicsamel.com, Szymon Skalski
„Skafander. Bezpłatna Gazeta Akademicka” 2014, nr 5 (56), s. 6–7