PROWADZĘ PODWÓJNE ŻYCIE, MAM ŻONĘ I KOTA | I LEAD DOUBLE LIFE, I HAVE WIFE AND CAT
Dodane przez MasterZMC dnia 13.03.2010 17:45
Pierwsza próba autobiografii.
Rozszerzona zawartość newsa

Więc, dlaczego? Otóż, podałem adres mojej strony koleżance Monice. Jak zobaczyła, to powiedziała, że wygląda jak strona Kościoła Zielonoświątkowców. (Dla jasności – szanuję braci zielonoświątkowców i wszystkich innych braci). Natomiast koleżanka Ewa przemierzając ze mną koszary i ślizgając się z racji śliskich butów i podłoża, przyznała, że spodziewała się czegoś w stylu „prowadzę podwójne życie, mam żonę i kota”.

No cóż, odpowiadając na zapotrzebowanie mas, rozbudzonych podglądactwem seksu w Big Brotherze, jak również sam przez siebie nęcony pokusą „pełnej transparentności”, postaram się napisać o sobie. Jeśli nie przystoi wylewać alkoholu, to przynajmniej spróbuję wylać siebie.

Spróbujmy zacząć od początku. Kim więc jestem? Otóż, jedna z koleżanek podejrzewa, że nocami napadam na staruszki. Muszę te haniebne pomówienia zweryfikować. To raczej ja bywam napadany przez osobników wątpliwego pochodzenia, zwłaszcza o czwartej w nocy pod akademikiem. Nie notorycznie i nieskutecznie na szczęście. Choć pewnie jeszcze przyjdzie w dziób dostać za prowadzenie nieortodoksyjnego bloga i głoszenie zbyt wolnomyślicielskich myśli. Ach, taki los, poety.

O właśnie. Gdy wszedłem na bal studniówkowy, Przemysław przemówił: „Przyszedł poeta”. Jak wkraczać, to po odważnemu. Później rzekli, abym wzniósł toast klasowy. Mówiłem kwieciście, chyba. Moja osoba towarzysząca rzekła: „Ty tu masz poważanie”.

Z tą powagą nie było jednak za dobrze. Nauczyciel fizyki w liceum, pan Socha, mówił do mnie przy całej klasie: „Szawczuk, ale żeby iść na księdza, to trzeba być trochę poważnym”. Miał słuszność, nie stało powagi, więc przyszło jajcowanie. O jajkach przemilczę, zainteresowane mogą sprawdzić osobiście. Przyjmuję w domu codziennie od godz. 12 do godz. 12.

Głupota trzymała się mnie bardzo długo. W gimnazjum miałem ambitne plany nakręcenia filmu bez kamery, a jeszcze w początkach liceum chciałem kupić sobie strój z „Krzyku” i zrobić trochę zamieszania w szkole. Na szczęście plany spłonęły na panewce.

Dobrze, teraz drugie pytanie: Kim chciałem być? Ohohohoho. Tutaj naprawdę podejmowałem różne możliwości. Najpierw próbowałem w sobie odkryć talent muzyczny i wziąłem udział w castingu do Idola. Miałem numer 1799. Kto był u mnie w pokoju, ten wie. Przymierzałem się do wykonania Czesława Niemena, ale mama powiedziała, żebym się nie porywał, więc zdecydowałem się na „Warszawę” T.Love. Muniek nie umie śpiewać, ja też, więc moje szanse wzrastały. Nie będę zdradzał kulis występu, ale zostawiłem raczej dobre wrażenie, skoro zaśpiewałem całą zwrotkę i refren, a kolega Madek nie doszedł do refrenu. Teraz swoją pasję do śpiewania realizuję na karaoke w Broadwayu.



Oprócz tego zajmowałem się malarstwem pokojowym. Nazwano mnie wówczas pierwszym malarzem czwartej RP, gdyż byłem naprawdę świetny. Moja przygoda z pędzlem skończyła się równie szybko jak IV RP, tym niemniej na jednych wakacjach liczyłem jeszcze na możliwość pomalowania altanki. Ale nie skorzystano już z moich usług malarskich.

Dodatkowo jestem jasełkowym aktorem. Pozwalam sobie nazwać się takimi słowy, gdyż w dotychczasowej karierze brałem udział w trzech przedstawieniach jasełkowych i byłem kolejno Kopernikiem, Józefem i Herodem. Chyba ta pierwsza kreacja najbardziej pozostawiła mnie w pamięci, choć grono oglądających z wiadomych przyczyn było wąskie.

Oprócz wspominanych prób pędzla, miałem też swoje próby pióra, które chyba były i są trochę bardziej udane, aczkolwiek często z chybioną intencją. Już wyjaśniam. Otóż pisałem opowiadania z zamysłem dramatyzmu, tymczasem czytelnicy zgodnie twierdzili, że moje teksty doprowadzały ich do śmiechu. To tak jak Louis de Funes - chciał być aktorem dramatycznym, a został komediantem. Master chciał być mistrzem, a był tylko błaznem.

Dlaczego Master? A to naprawdę ciekawa historia. Rozpoczynałem liceum w niezapomnianej klasie 1G bez znajomości kogokolwiek. Musiałem więc czymś się wykazać, a że moim atutem zawsze była gra w piłkę, to na jednym z pierwszych zajęć wf dałem z siebie wszystko. Do tego stopnia, że gdy piłka była na odpowiedniej wysokości zrobiłem przewrotkę. Piłka poleciała bardzo wysoko ponad bramką, a na sali rozległ się śmiech. Po zajęciach Marcel powiedział do mnie: „Od dziś jesteś moim mistrzem”. I tak zostałem Masterem.

Nie byłoby Mastera bez białych butów. White shoes classic. W nich zdobyłem szczyt Tarnicy, prezentowany powyżej na tle waniliowego nieba. Nawet był filmik, który tą jakże ważną dla mnie chwilę dokumentował, ale niestety Bliźniak, gdzieś to zapodział. Musicie wierzyć na słowo.
Teraz ciągle staram się kultywować tę tradycję chodzenia w białych butach, choć nie wszędzie jest ona respektowana. Przykładem jest klub Broadway, swoją drogą najlepszy klub w Zamościu. W konkurencyjnym klubie byłoby to dopuszczalne, ale pozwólcie, że na temat lekkich obyczajów nie będę się wypowiadał.

Z autorytetem bywało różnie. Zwykle ludzie robili dokładnie na odwrót niż jak im doradzałem. Ale do dziś pamiętam Alexa z Niemiec, który powiedział mi tak: „Jakbym miał iść do Nigerii, gdzie zawsze świeci słońce, a ty byś mi kazał wziąć parasol, wziąłbym parasol”. Inni nie podzielali entuzjazmu nad słusznością moich sądów. Ale w liceum, kiedy przewidziałem, że Wisła Kraków trafi na Lazio Rzym, można powiedzieć, że zyskałem autorytet proroka. Żelo mówił wtedy: „Master, ty jak coś powiesz, to na pewno tak będzie”.



Czym się aktualnie zajmuję? Oficjalnie szukam skarbów. Gdy ciocia się o tym dowiedziała, zapytała mnie:
- Mateusz a jakich ty skarbów szukasz? Robisz jakieś badania archeologiczne?
No w tym przypadku musiałbym wziąć do pomocy kolegę z liceum Wąglika i może coś by z tych wykopów było. Jednak na razie skupiam się na skarbach kapitału ludzkiego.

W razie problemów z tym kapitałem, pozostaje jeszcze kapitał zwierzęcy. Mama mówi, że w moim przypadku wskazany jest kot. Siostra przekonuje, że nie ma nic lepszego niż koty. Koleżanka Kasia sugeruje, żebym raczej kupił sobie psa, bo niby boję się psów, a najlepiej pokonać lęk, stawiając mu czoła.

Powiem tak, w dzisiejszych czasach łatwiej o żonę niż o kota i psa.




Zobacz też:
Odrzucony dar | Rejected gift