LWÓW – ZAWSZE WIERNY TOBIE POLSKO | LVIV – ALWAYS FAITHFULL TO YOU, MY POLAND (27.07.2013)
Dodane przez MasterZMC dnia 04.08.2013 22:50
„Panie Mateuszu, pan musi jeździć na wycieczki. Nie pije pan ani nie pali za dużo, więc może pan każdego roku odłożyć sobie, żeby gdzieś pojechać. Pan jest młody, pan powinien zwiedzać. Muszę pana zaszczepić”
Rozszerzona zawartość newsa

– Panie Mateuszu, pan musi jeździć na wycieczki. Nie pije pan ani nie pali za dużo, więc może pan każdego roku odłożyć sobie, żeby gdzieś pojechać. Pan jest młody, pan powinien zwiedzać. Muszę pana zaszczepić – mówiła mi wielokrotnie pani Ewa, znajoma z pracy i kolejny zodiakalny Rak-podróżnik.

Opowiadała o swoich różnych wycieczkach z czasów, gdy pracowała w szkole jako kadrowa i była odpowiedzialna za ich organizowanie, jak i o tych prywatnych. W restauracjach w Barcelonie po zjedzeniu rzuca się śmieci na podłogę, po czym obsługa sprząta wszystko za pomocą odkurzacza. Jeśli zaś chodzi o Wiedeń, to nie można być w tym mieście i nie zobaczyć od środka pałaców Schönbrum i Hofburg. – Obejrzenie z zewnątrz to jest dla mnie jakby polizać loda przez szybę – spuentowała pani Ewa. Najbardziej jednak podobały jej się Włochy. Kraj na Półwyspie Apenińskim odwiedziła kiedyś podczas kilkudniowej wycieczki zorganizowanej przez jakiegoś księdza. W programie były wszystkie rzymskie bazyliki, które zrobiły na niej największe wrażenie spośród wszystkich atrakcji Italii. Oczywiście także audiencja u papieża Jana Pawła II, który powiedział:
– Witam pielgrzymów ze Zwierzyńca!
Była także Wenecja i wszystkie ważniejsze miasta.

Ja natomiast planowałem w tym roku Pragę. W opinii wielu osób jest to jedna z najpiękniejszych, a może nawet najpiękniejsza, stolica Europy. Mama wspominała, że chciałaby zobaczyć Pragę, ale mówiła o tym jak o jednej z tych spraw, które choć cudowne, muszą pozostać tylko w sferze marzeń. Otóż – nie muszą!

Postanowiłem zrobić prezent na Dzień Matki i wykupiłem w biurze turystycznym Quand wycieczkę do Pragi dla dwóch osób – dodam, że nie bez osobistej satysfakcji, ponieważ sam zauroczyłem się Czechami na studiach, podczas wycieczki do Ostrawy.

Niewątpliwie fajną sprawą w Quandzie jest to, że wykupując wycieczkę można otrzymać wydrukowany kupon i wręczyć go potem jako prezent. Tak też uczyniłem w Dni Matki. Kiedy mama wyjęła kupon z koperty i przeczytała, że otrzymuje wycieczkę, nie mogła w to uwierzyć. – To ja się tobie odwdzięczę kiedyś wycieczką do Lwowa – powiedziała.

Zarezerwowałem sobie wcześniej urlop pokrywający się z terminem wycieczki. Niestety, mniej więcej tydzień przed datą wyjazdu, zatelefonowała do mnie pani z Quandu i poinformowała o odwołaniu wycieczki ze względu na niewystarczającą liczbę osób chętnych do udziału w wycieczce. Oprócz mamy i mnie zgłosiło się siedmioro osób, a więc łącznie dziewięcioro. Niewykluczone, że znaczna grupa wyjechała do stolicy Czech w terminie czerwcowym z innym zamojskim biurem i stąd taka a nie inna frekwencja w lipcu. W zaistniałej sytuacji zdecydowaliśmy się na wycieczkę… do Lwowa. (Z dodatkową zniżką na skutek odwołania wycieczki docelowej).


Herb Lwowa z okresu II Rzeczypospolitej

27 lipca wyruszyliśmy raniutko z Majdanu Ruszowskiego do Zamościa. Odjazd autokaru planowany był o 5.30 z przystanku przy Peowiaków. Czekała już jakaś pani, a po nas zgromadziła się spora grupka osób. Autokar przyjechał punktualnie. Pilotka o imieniu Monika, nazwiska nie zapamiętałem, „odhaczyła” uczestników na swojej liście, po czym zajęliśmy miejsca w aucie.

Podczas podróży w kierunku granicy i Lwowa pilotka opowiadała przez mikrofon o miejscach, które mijaliśmy, co uważam za bardzo cenne wykorzystanie czasu. Dzięki temu dowiedziałem się kilku ciekawych rzeczy… Najwyższe wzniesienie Roztocza po polskiej stronie to Długi Goraj (391 m n.p.m.) oraz Krągły Goraj (388,7 m n.p.m.) – nazywane sympatycznie „piersiami Roztocza”. Natomiast po ukraińskiej stronie najwyższy szczyt tej krainy geograficznej to Wysoki Zamek (409 m n.p.m.), znajdujący się we Lwowie, do którego zmierzaliśmy.
W Bełżcu zaś pilotka powiedziała kilka słów o tamtejszym obozie zagłady. Utkwiło mi w pamięci, że udało się z niego uciec tylko trzem osobom… Na wspomnianej wcześniej wycieczce studenckiej miałem sposobność być w innym obozie, Auschwitz. To miejsca najgłębszej zadumy i pamięci, która jest przestrogą przed jakąkolwiek ponowną wojną.
Przejeżdżając wcześniej przez Tomaszów Lub. pilotka podzieliła się ciekawostką, a mianowicie to właśnie w tym miejscu jest najlepiej prosperująca w kraju „Biedronka”, a to ze względu na masowo przyjeżdżających tu na zakupy Ukraińców. Jeśli zaś chodzi o historię, to miasto pierwotnie nosiło nazwę Jelitowo i, podobnie jak Zamość, zostało założone przez Jana Zamoyskiego. Po tym jednak jak Zamoyskiemu urodził się syn, Tomasz, hetman postanowił na cześć syna zmienić nazwę na Tomaszów.
Zamość i Tomaszów łączy nie tylko osoba założyciela, ale również architekta. Bernardo Morando zaprojektował w Tomaszowie rynek podobny do zamojskiego, a zarazem od niego większy – zamojski 100x100 m, tomaszowski 125x125 m. Niestety rynek w Tomaszowie (w znacznej mierze drewniany) nie zachował się do czasów współczesnych.

Na przejściu granicznym w Hrebennem byłem pierwszy raz. Podobno kiedyś działała tu ukraińska mafia… żeby przejechać dalej, trzeba było im zapłacić. Teraz nie ma już tak dużych kolejek jak kiedyś. Przyczyniła się do tego restrykcyjna zmiana prawa ograniczająca limity przewozu na terytorium Polski towarów alkoholowo-tytoniowych. Obecnie jedna osoba może przewieźć jeden litr wódki, dwa litry wina, pięć litrów piwa i zaledwie dwie paczki papierosów, podczas gdy kiedyś można było mieć ze sobą cały karton.

Odprawa zajęła ok. półtorej godziny. Polski celnik zbierając od pasażerów paszporty pytał kto skąd przyjechał. Okazało się, że nasza czterdziestoczteroosobowa wycieczka składa się z turystów z całej Polski – Szczecin, Police, Warszawa, Rzeszów… Jak się później dowiedzieliśmy, nawet osoby, które wsiadały przy Peowiaków, przyjechały do Zamościa na wypoczynek, a dodatkowo zrobiły sobie jednodniowy wypad do Lwowa. Zamościanie więc byli w mniejszości, łącznie z nami naliczyłem ok. pięć osób.

Zaraz za granicą zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej, obok której znajdował się kantor, gdzie po dobrym kursie można było zamienić złotówki na hrywny. Myśmy dokonali wymiany wcześniej w Polsce, a jednak na Ukrainie bardziej się opłacało. Na przyszłość warto wiedzieć.
Na stacji przy toalecie stała kobieta, która pobierała 2 zł za skorzystanie z WC, choć pilotka zapewniała wcześniej, że toaleta tutaj będzie bezpłatna. Kiedy nasz autokar ruszył po postoju, pilotka powiedziała:
– Proszę państwa, okazało się, że część z państwa zapłaciła za toaletę. Muszę państwu powiedzieć, że pierwszy raz spotkałam się tutaj z czymś takim, najwyraźniej ktoś chciał sobie skorzystać na turystach.
W ten oto sposób na powitanie nas okradziono, ale w tym kraju można się takich rzeczy spodziewać.

W dwudziestoleciu międzywojennym działała tutaj najsłynniejsza w kraju szkoła kieszonkowców, która po wojnie przeniosła się do Wrocławia. Także w dwudziestoleciu, co istotniejsze, Lwów był jednym z trzech najlepiej rozwiniętych miast przemysłowych.

A jakie są związki Lwowa z Zamościem? Niemałe. We Lwowie właśnie Jan Zamoyski podpisał kontrakt z Bernardem Morandem na zaprojektowanie miasta idealnego. Bodaj dr Jacek Danel wskazał mi po raz pierwszy, że Zamość przez lata był pod silniejszym oddziaływaniem Lwowa niż Lublina, zwłaszcza w XVIII w., kiedy Zamość podlegał administracyjnie Lwowowi. We Lwowie urodzili się znamienite osoby związane z Akademią Zamojską – Szymon Szymonowic (założyciel), Melchior Stefanides (pierwszy rektor) czy Tomasz Drezner (wykładowca i późniejszy rektor). W samej Akademii, według szacunków Andrzeja Kędziory, studiowało ok. 50 lwowiaków. Co jeszcze? Obecna ulica św. Piątka stanowiła dawniej trakt lwowski, nazywana też gościńcem krakowskim. Ok. 1822 r. wytyczono nową drogę w kierunku Lwowa, którą w 1920 r. nazwano ulicą Lwowską. A stosunkowo niedawno, bo w 1991 r., powstała ulica Orląt Lwowskich (nieopodal II LO).


Od lewej: Daniel Halicki i Lew Halicki

Lwów jest starszy od Zamościa o trzy wieki. Daniel Halicki (1201–1264) – książę wołyński, a później król Rusi – założył ok. 1250 r. miasto dla swojego syna Lwa, stąd nazwa Lwów. Obecnie miasto liczy ponad 700 tys. mieszkańców, czyli dziesięciokrotnie więcej niż Zamość. Dysproporcja jest jeszcze większa, gdy weźmie się pod uwagę, że o ile w Zamościu jest więcej osób zameldowanych niż mieszka faktycznie (ponieważ ludzie wyjeżdżają na studia i w poszukiwaniu pracy), o tyle Lwów jest na co dzień milionowym miastem, gdyż wiele osób przyjeżdża tam do pracy z okolicznych miejscowości.

Jeśli chodzi o strukturę narodowościową, to we Lwowie przedstawia się ona, w przybliżeniu, następująco: Ukraińcy – 640 tys., Rosjanie – 64 tys., Polacy – 30 tys., Żydzi – 2 tys., Ormianie – 800. Ostatni spis został przeprowadzony w 2001 r. Wielu Polaków dopiero od niedawna zaczęło otwarcie się przyznawać do swojej narodowości, wcześniej nie czynili tego z uzasadnionego strachu.
We Lwowie jest duży odsetek osób z wyższym wykształceniem. Ceny w mieście są, by tak rzec, zachodnie, można powiedzieć, jak w stolicy. Ogólnie coraz mniej rzeczy opłaca się Polakom kupować na Ukrainie. Co jeszcze się opłaca? Alkohol, papierosy, paliwo (jeszcze tylko o złotówkę) i wyroby czekoladowe, z których Ukraińcy słyną.

Przejeżdżając przez wsie ukraińskie widać biedę. Wjeżdżając zresztą do Lwowa w oczy też kolą, powstałe jeszcze za komuny, blokowiska. Zatrzymaliśmy się przy jednym hotelu, gdzie odłączyła się jedna pani, a wskoczył nasz przewodnik. Młody człowiek, maksymalnie trzydziestoletni, Polak, lwowianin.
– Dzień dobry państwu, nazywam się Paweł Sawczak.
Uśmiechnęliśmy się z mamą, bo w naszych nazwiskach różni się tylko jedna litera. Jak się później okazało, w jego wypowiedziach pobrzmiewał trochę akcent ukraiński, używał często sformułowania: „My z wami teraz jesteśmy w katedrze… My z wami zmierzamy do…”.

Gdy jechaliśmy przez Łyczakowską, miła niespodzianka… Na kamienicy, w której mieszkał Zbigniew Herbert, dostrzegam pamiątkową tablicę z napisem w dwóch językach: polskim i ukraińskim. (Adres: Łyczakowska 55). Jemu, jak i wielu innym Polakom, nie było dane wrócić po wojnie do rodzinnego miasta. O tym mieście napisał kilka wierszy, jeden z nich nosi tytuł „Moje miasto”.

Zwiedzanie rozpoczęliśmy od Cmentarza Łyczakowskiego. To bodaj jedyny cmentarz w Europie, gdzie wstęp jest płatny. Za możliwość robienia zdjęć musiałem dodatkowo zapłacić 10 hrywien. To się nazywa żerowanie na turystach.


Mieliśmy okazję zobaczyć groby takich osób jak: Gabriela Zapolska (1857–1921); Maria Konopnicka (1842–1910); Anna Gostyńska (1847–1913) – wielka artystka dramatyczna Teatru Lwowskiego; Władysław Bełza (1847–1913) – autor słynnego wiersza „Wyznanie wiary dziecięcia polskiego”; Michał Michalski – powstaniec styczniowy, prezydent Lwowa w latach 1905–07; dr Stefan Banach (1892–1945) – matematyk, profesor Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie; Seweryn Goszczyński (1801–1876) – autor „Zamku kaniowskiego”, który musiałem przeczytać na zaliczenie u dra Pyczka; Artur Grottger (1837–1867); Franciszek Zaremba (1751–1863) – żołnierz kościuszkowski, przeżył 112 lat; Antoni Piórecki (1764–1870) – także żołnierz kościuszkowski, przeżył równie dużo, bo 106 lat; Franciszek Smolka (1810–1899) – inicjator powstania Kopca Unii Lubelskiej; Juliusz Ordon (1810–1887) – znany z wiersza Mickiewicza, pt. „Reduta Ordona”. Na nagrobku Konopnickiej znajduje się cytat z jej wiersza „Na cmentarzu”: Proście wy Boga o takie mogiły, które łez nie chcą, ni skarg, ni żałości, lecz dają sercom moc czynu, zdrój siły na dzień przyszłości…


Fot. Marek Ruciński

Następnie przeszliśmy na Cmentarz Orląt Lwowskich. To jedno z tych szczególnych miejsc, w których Polak powinien być. Na pomniku chwały widnieje napis: Mortui sunt ut liberi vivamus (Polegli, abyśmy żyli wolni). Stały tu dawniej posągi dwóch lwów trzymających tarcze, na których znajdował się napis: Zawsze wierny Tobie Polsko. W czasach Związku Radzieckiego Rosjanie usunęli te posągi, a na Cmentarz Orląt wyrzucano śmieci z Cmentarza Łyczakowskiego. Po 1989 r. firma Energopol zaczęła na wpół legalnie odnawiać nekropolię. Ukraińcy nie zgodzili się dotychczas na przywrócenie pomników lwów.

Na cmentarzu znajduje się również mogiła nieznanego żołnierza. Przewodnik, Paweł Sawczak, odczytał napis:
– Tu leży żołnierz polski poległy za Ojczyznę – po czym dodał: – A ja wam mówię, że tu leży pięciu żołnierzy.
Są to „Nieznani z Persenówki”.

Przeszliśmy do kaplicy cmentarnej, gdzie parę słów o nekropolii powiedział jeszcze Jan Franczuk, prezes Polskiego Towarzystwa Opieki nad Grobami Wojskowymi we Lwowie, które zajmuje się utrzymaniem cmentarza. Podzielił się też własnym przemyśleniem:
– Powiem państwu, że takiego prezydenta jak Ryszard Kaczorowski, i Lech Kaczyński, już nie będzie.


Przewodnik wspomniał wcześniej, że co prawda Cmentarz Łyczakowski jest nieczynną nekropolią, to za odpowiednią sumę pieniędzy można wykupić tu sobie miejsce. Zmierzając do autokaru jeden z uczestników dopytywał jeszcze przewodnika:
– Czyli można powiedzieć, że jest to cmentarz dla bogatych i szczególnie zasłużonych?
– Nie tylko. Tu spoczywa też moja babcia.

Autokarem udaliśmy się w stronę Starego Miasta. Przejeżdżając przez Łyczakowską znów spojrzałem w stronę kamienicy Herberta. A jednak Polacy pamiętają o swoim poecie na miarę Nobla… To nasze towarzystwa, ministerstwa i konsulat dbają o polskie zabytki we Lwowie i w całym kraju, Ukraińcy się tym nie zajmują. Kiedy przejeżdża się przez ten kraj, widać pięknie odmalowane z zewnątrz cerkwie, do których chodzi już coraz mniej ludzi…

Kierowca autokaru zatrzymał samochód na wysokiej skarpie, a my schodziliśmy ku Starówce, idąc ulicą Łesi Ukrainki. Łatwo mi było zapamiętać, ponieważ imię tej ukraińskiej pisarki nosi Wołyński Państwowy Uniwersytet Narodowy, z którym PWSZ Zamość współpracuje. (Nawiasem mówiąc, zamojska uczelnia, nawiązująca do tradycji Akademii Zamojskiej, współpracuje także z lwowskim Instytutem Biznesu i Technologii Innowacyjnych).
– Łesia Ukrainka znaczy dla Ukraińców tyle, co dla Polaków Maria Konopnicka – powiedział przewodnik.

Starówka była tego dnia obwieszona flagami ukraińskimi, ze względu na rocznicę jakiejś katastrofy. Barwy flagi oznaczają błękitne niebo nad polem zbóż. Tymczasem niemieckie miasto Breslau jest jednym z najszybciej rozwijających się w III Rzeczypospolitej Polskiej…


Przedsionek Opery Lwowskiej

Zwiedzanie rozpoczęliśmy od Opery Lwowskiej, zaprojektowanej przez Zygmunta Gorgolewskiego. Tuż przed pomnikiem, w miejscu, gdzie teraz jest duża fontanna stał pomnik Lenina, który został zburzony przez Ukraińców. Na szczycie budynku opery są trzy posągi, ten środkowy przedstawia kobietę w ósmym miesiącu ciąży. Nie zapamiętałem, jaka historia się z tym wiąże, bo przewodnik podczas całego dnia przekazywał, szybko mówiąc, mnóstwo informacji.
W środku opera jest po prostu imponująca. Młode pary robiły sobie zdjęcia pamiątkowe. W sali lustrzanej przedstawione są sceny z dzieł literatury polskiej, takich jak: „Balladyna”, „Fircyk w zalotach” czy „Wesele”.
W sali głównej zarówno odbywają się spektakle, jak również wyświetlane są filmy. Podczas pokazu filmu „Katyń” Andrzeja Wajdy, sala Opery Lwowskiej była pełna. Warto wiedzieć, że w okresie wakacyjnym jest przerwa repertuarowa, więc jeśli ktoś chce zobaczyć jakiś spektakl, to powinien zaplanować wizytę nie w letnich miesiącach.

Z opery szliśmy głównym deptakiem. Z obu stron na ławkach, pod cieniami drzew, przesiadywali ludzie, głównie starsi, ale również młodzi, którzy wybrali najlepszy sposób na spędzenie lipcowej soboty… na wspólnych rozmowach. Na jednej ławce dwóch starszych panów grało sobie w szachy. Uroczy widok.


Idąc od opery, pierwszy w kolejności jest pomnik Tarasa Szewczenki, największego poety Ukrainy, który wcale nie powstał pierwszy… Wzniesiony został przez Ukraińców, bo nie sposób, żeby w centrum był tylko pomnik polskiego wieszcza Adama Mickiewicza. W czasach Związku Radzieckiego Rosjanie burzyli polskie pomniki, ale akurat tego Mickiewicza nie zburzyli.

Dalej znajduje się słynny hotel George. Nocował tam nawet Honoriusz Balzac, a pobyt opłaciła mu kochanka, która bardzo nalegała, żeby przyjechał. A Jan Kiepura po występie w Operze Lwowskiej został odprowadzony przez publiczność do tego hotelu, gdzie z balkonu kontynuował koncert.


Lwów, Stare Miasto, za plecami pomnik Neptuna

A my mieliśmy kontynuować zwiedzanie po krótkiej przerwie, w czasie której poszliśmy z mamą coś przekąsić, wypić i zakupić trochę prowiantu. Czekając potem na powrót przewodnika pod pomnikiem Neptuna, porozmawialiśmy chwilę z pewną panią, również uczestniczką naszej wycieczki. Przyjechała z Nałęczowa k. Lublina. Wykupując wycieczkę, dowiedziała się, że także inne osoby z jej miejscowości wybierają się w tą samą podróż, więc zabrała się z nimi do Lublina, skąd wyruszał autokar Quandu.
Rozmawiamy z tą panią, gdy nagle podchodzi do niej kobieta z mężczyzną i mówi:
– O, witaj! Co ty tu robisz?
Okazało się, że to jej kuzynka z Kanady, która zwiedzała właśnie Lwów z inną wycieczką. Zaczęły się ściskać i nie mogły uwierzyć, że się widzą. Jedna z Polski, druga z Kanady, a spotkały się we Lwowie. Życie przynosi niespodzianki.

Ratusz przy Neptunie to bodaj jeden z trzech lwowskich ratuszy. Ten, przed którym staliśmy, posiada zegar przywieziony z Wiednia. Lwowiakom nie podobał się zbytnio, ponieważ nie pasuje do architektury miasta, ale z biegiem czasu przyzwyczaili się do nowego czasomierza. Wiąże się z nim pewna historia, czy też legenda… Otóż, na początku serce zegara było zepsute. I, proszę sobie wyobrazić, że znalazł się człowiek gotowy do poświęcenia, który przebywał na wieży, odmierzał czas klepsydrą i ręcznie przesuwał wskazówki zegara. Kiedy zegar został naprawiony, człowiek ten mógł już zejść na dobre z wieży ratuszowej, ale właśnie wtedy jego serce pękło…


Młodzieniec grający na pianinie utwór z „Titanica”

Spacerując dalej po Starówce, usłyszałem znajomą melodię… Nieopodal kaplicy Boimów jakiś młodzieniec grał na pianinie słynny utwór z filmu „Titanic”, a nieco dalej kolejna młoda para miała swoją sesję ślubną. „My heart will go on”… utwór ten pojawia się w najrozmaitszych, ale charakterystycznych, momentów mojego życia. Rozbrzmiewał o poranku w sali wykładowej lubelskiego seminarium, grany czy to przez Jurka Frankiewicza, czy przez Bartka Piłata, rozbrzmiewał na pierwszej studenckiej imprezie u Kaśki Przepiórki, rozbrzmiewał nocą w hangarze aeroklubu w Mokrem po Zamojskim Pikniku Lotniczym i w końcu teraz we Lwowie, kiedy zaczynałem podróżować po świecie… Całkiem niedaleko pianisty można było spotkać dwóch złotych mimów, kobiety, które poruszały się, gdy ktoś wrzucił pieniążek. Takie sceny sprawiają, że miejsce staje się magiczne w naszej pamięci.

Z naszym przewodnikiem zobaczyliśmy jeszcze kilka ciekawych miejsc, a wśród nich: kamienicę Jana Sobieskiego, dzielnicę ormiańską, w której znajduje się knajpa z dwoma pomnikami: Ignacego Łukasiewicza – wynalazcy lampy naftowej – który z okna na pierwszym piętrze wskazuje umiejscowiony poniżej (przy ścianie kamienicy) pomnik swojego lwowskiego współpracownika Jana Zeha.
Zobaczyliśmy najstarszą lwowską aptekę, czynną od 1774 r. (dla porównania zamojska apteka „Rektorska” powstała w 1609 r.).
Zobaczyliśmy także katedrę rzymskokatolicką pw. Najświętszej Maryi Panny. Według tego, co powiedział przewodnik, byli w niej wszyscy królowie Polski, oprócz ostatniego Stanisława Augusta Poniatowskiego. W tym kościele znajdują się relikwie błogosławionego jeszcze Jana Pawła II, który już niebawem zostanie kanonizowany przez papieża Franciszka.
Inną wartą zwiedzenia świątynią jest katedra ormiańska z 1363 r. W przeciwieństwie do parafii rzymskokatolickich w kościołach ormiańskich nie zbiera się tacy, a więc świątynie utrzymywane są z prywatnych datków. Różaniec zastąpiony jest u nich modlitwą na każdą porę dnia. Podczas naszej wizyty w tej katedrze przewodnik poprosił o chwilę ciszy, a diakon stojący za ławkami, w których siedzieliśmy, i zwrócony twarzą do ołtarza, odśpiewał jeden z biblijnych psalmów.


Jan Henryk Rosen „Pogrzeb św. Odilona”, fot. mirmar.flog.pl

W ołtarzu przedstawiony jest Jezus oraz jedenastu Apostołów. Dlaczego jedenastu? Ponieważ malarzowi Janowi Henrykowi Rosenowi pozowali mieszkańcy Lwowa i nikt nie chciał być Judaszem. Warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden obraz tego autora – „Pogrzeb św. Odilona”. Św. Odilon był przełożonym opactwa w Cluny i wprowadził do tradycji kościelnej Dzień Zaduszny. Obraz Rosena jest unikalny – zmarły Odilon niesiony jest na katafalku przez trzech mnichów, jeden z nich spogląda w bok i dostrzega, że katafalk niosą także trzy duchy.
Podczas pielgrzymki na Ukrainę w 2001 r., papież Jan Paweł II bardzo chciał zobaczyć tę katedrę, choć nie otrzymał oficjalnego zaproszenia. Jego wizyta w tym miejscu doszła jednak do skutku.


Byliśmy także w dawnym kościele Dominikanów, obecnie cerkiew grekokatolicka pw. Najświętszej Eucharystii. Nieopodal tej świątyni stał ślicznie przyozdobiony weselny mercedes. Nie omieszkałem zrobić zdjęcia. Nie omieszkałem zrobić też zdjęcia sobie przy pomniku Nikifora. Dopiero po powrocie z wycieczki dowiedziałem się, że aby wrócić do Lwowa, trzeba złapać Nikifora za nos. Czy wobec tego przyjadę jeszcze kiedyś do Lwowa? Czas pokaże.
Będąc w różnych miejscach, mam w sobie takie odczucie, że może właśnie tam byłoby mi lepiej, życie ułożyłoby się inaczej, byłoby jeszcze bardziej życzliwsze… Przyznam, że we Lwowie nie miałem takiego odczucia (jak w Płocku, Ostrawie, czy warszawskiej kawiarni Flow). Miasto, owszem, piękne, ale zabytki, co tu dużo mówić, zaniedbane. Nie bez znaczenia jest brak przynależności Ukrainy do UE, a więc również brak możliwości pozyskania środków unijnych na rewitalizację zabytków. Poza tym Ukraina to w znacznej mierze bieda, która generuje korupcję i chaos. O ile w Polsce średnie zarobki wynoszą ok. 3000 zł, o tyle na Ukrainie jest to 1000 zł, przy czym trzeba pamięta, że większość zarabia jeszcze mniej. Prawo jazdy można sobie kupić i przychodzi pocztą do domu, ludzie przechodzą przez ulicę, gdzie chcą i piją też gdzie chcą, a najbardziej skorumpowany urząd to… milicja. Pomimo, że nie mógłbym mieszkać na Ukrainie, to według mnie zdecydowanie warto zobaczyć Lwów i poznać kawałek historii, również polskiej historii.

Rozmawialiśmy z rodziną z Giżycka, która była na wczasach w Chorwacji, a zatrzymała się jeszcze na kilka dni w Zamościu, na Podwalu. Opowiadali o niezwykłej gościnności Chorwatów. W Chorwacji na terenach zielonych czy też na stacjach benzynowych ludzie różnych narodowości mogą spać obok siebie pod gołym niebem. W telewizji również słyszałem, że Polacy bardzo chwalą sobie wakacje w tym nadadriatyckim kraju.

Kiedy rozstawaliśmy się z naszym przewodnikiem, powiedział:
– Dziękuję państwu, mam nadzieję, że są państwo zadowoleni i będziecie wracać do Lwowa. Mnie się bardzo dobrze z państwem pracowało.
Trzeba przyznać, że pomimo młodego wieku ma niesamowitą wiedzę, szczególne wrażenie zrobiło na mnie jego swobodne operowanie datami. Otrzymał od nas gromkie brawa. Podszedłem jeszcze do niego, aby polecił mi jakąś dobrą wódkę.
– Morosza z zieloną etykietą.
W drodze powrotnej do autokaru wsiadła pani, która na początku odłączyła się od nas, wysiadając przy hotelu. Teraz miała ze sobą trzy naładowane torby. Zapewne handlarka.
Na granicy poszło nieoczekiwanie sprawnie. Kontrolę osobistą mieli ludzie z autokaru przed nami, a nas to ominęło. I choć zazwyczaj, jak uprzedzała pilotka, droga powrotna jest dłuższa, to tym razem było na odwrót.
Cieszę się, że spędziłem wolny czas na wycieczce i że mogłem zabrać ze sobą mamę. Kuba zapytał, jaki teraz kolejny cel. Odpisałem, że jestem napalony na Pragę. Chciałbym też zobaczyć inne polskie miejsca za granicą… Grodno, Bohatyrowicze, jezioro Świteź, Nowogródek, Niemen, muzeum Mickiewicza… Ale, w zasadzie, ważne jest to, aby w ogóle podróżować, bo każda podróż, niezależnie od miejsca, przynosi bezcenne wspomnienia.



Przeczytaj też | Also read:
Herbert – Moje miasto
Kto z polskich polityków oddał Ukrainie Lwów, a Litwie Wilno?
Do 2017 r. Ukraina przestanie istnieć?
„Życie smakuje bardzo dobrze”
Pomnik papieża w Moskwie | The monument of the pope in Moscow
Każdy szuka swego miejsca | Everyone looks for his place
A w sercu bezpiecznie | Safely in the heart (Płock 02–03.06.2012)
Wycieczka studencka: Kraków – Oświęcim – Ostrawa – Solina (2010) | Student’s trip: Cracow – Auschwitz – Ostrava – Solina (2010)