„ŻYCIE SMAKUJE BARDZO DOBRZE”
Dodane przez MasterZMC dnia 07.06.2013 11:04
Tuż przed koncertem juwenaliowym, 15 maja, przeprowadziliśmy krótki wywiad z zespołem Enej. Na nasze pytania odpowiadali wokaliści zespołu – Piotr „Lolek” Sołoducha oraz Mirosław „Mynio” Ortyński. Zachęcamy do lektury.

Rozszerzona zawartość newsa


Czy pierwszy raz jesteście w Zamościu?
Lolek: Byliśmy kiedyś przejazdem, ale tak koncertowo, żeby można było usiąść, to jesteśmy pierwszy raz. Między próbą a koncertem była chwila wolnego, więc poszliśmy na Starówkę. Miejsce przepiękne! Wypiliśmy kawę. To dla nas taki relaks, bo jesteśmy ósmy dzień w trasie. Zaskoczyło nas na plus to, że na kamienicach nie ma żadnych reklam. Czadowe miejsce!

Od zawsze marzyliście, że będziecie muzykami czy wyszło to tak spontanicznie? Jak dążyliście do upragnionego celu?
Mynio: Wyszło to naturalnie. Każdy z nas ma w rodzinie korzenie muzyczne. Przy wigilii czy innych uroczystościach rodzinnych zawsze pojawiały się instrumenty i śpiewy, a więc automatycznie, od małego, byliśmy wychowywani w kulturze muzycznej. Ponadto Lolek, Paweł i ja byliśmy wychowywani w kulturze ukraińskiej. Nasi rodzice dbali o to, żeby ta muzyka była rozwijana, czy to przez szkołę muzyczną, czy przez zajęcia muzyczne, czy przez indywidualne nauki o kulturze piosenki ukraińskiej. To bardzo głęboko utkwiło w naszych sercach, dlatego chcieliśmy dalej rozwijać się w tym kierunku.

Jak Wasza muzyka jest odbierana na Ukrainie?
Lolek: Na Ukrainie graliśmy raz, we wrześniu ubiegłego roku. Spotkaliśmy się z dobrym przyjęciem, na koncert przyszła duża publiczność.
W Polsce, zawsze to podkreślam, łączenie kultury polskiej z ukraińską to trochę taka egzotyka. Tam, po ukraińskiej stronie, w pewien sposób też, chociaż bardziej jesteśmy dla nich „polską ciekawostką”. Muzycznie jeszcze nie jesteśmy tam rozpoznawalni, co zrozumiałe, bo np. w Polsce nikt aż tak bardzo nie fascynuje się zespołem, który czerpie tradycje z kultury Mazowsza, Podhala czy z innego regionu, bo to jest normalne dla polskiej tradycji. Na Ukrainie czerpanie z tradycji ukraińskich też nie jest niczym nowym. Dla polskich odbiorców natomiast ciekawe jest to, że jesteśmy w Polsce i kultywujemy te dwie tradycje.

A czy nagracie w przyszłości płytę stricte ukraińską?
Mynio: Kolejna płyta to może nie, ale piąta, szósta, siódma z kolei, to może… Na razie idziemy tą drogą, którą obraliśmy, a więc łączenia kultur polskiej i ukraińskiej. Jesteśmy zespołem, który nie chce rozdzielać, tylko łączyć. Bylibyśmy nie fair w stosunku do naszych fanów, gdybyśmy raptem nagrali coś stricte ukraińskiego. Może tak się zdarzyć, ale nie pod hasłem Enej, jak już to bardziej prywatnie, dla środowiska, w którym się znajdujemy, np. w Olsztynie jest duża grupa Ukraińców, więc może nagramy kiedyś jakąś płytę kolęd.

Czy, w Waszym odczuciu, jest wśród ludzi pozytywny odbiór proponowanej przez Was syntezy kultur?
Lolek: Gramy jedenasty rok, więc w jakiś sposób udało nam się coś muzycznie w tym kraju osiągnąć i pokazaliśmy, że łączenie tych kultur nie jest niczym złym, że media też mogą puszczać muzykę w języku ukraińskim, jesteśmy sąsiadami przy jednej granicy, więc to nie stanowi żadnej blokady. Jesteśmy zespołem młodym, średnia wieku jest bardzo niska w porównaniu do innych zespołów, więc to też zachęca ludzi do takiej twórczości, nie dość, że starszych zaciekawia, to młodszym udowadnia, że czerpanie z własnej tradycji, kultury i pokazywanie tego wszystkiego na szerszą skalę wcale nie jest niczym wstydliwym, a może być czymś fajnym i potraktowanym w sposób młodzieżowy. Poprzez muzykę udowadniamy, że kultura polsko-ukraińska jest w nas zakorzeniona i można ją z dumą prezentować.

Skąd bierzecie pomysły na teksty?
Mynio: Tak jak każdy zespół, patrzymy za okno i akurat może zdarzyć się jakiś impuls, który spowoduje, że coś nas bardziej zainteresuje. Wiadomo – sprawy sercowe, ale nie w dosłowny sposób przekazane, w sensie „ja kocham cię, a ty mnie, razem pójdźmy, tralala”, tylko w sposób bardziej opisowy, bardziej metaforyczny. Staramy się pisać teksty, które nie określają z góry, o co w nich chodzi, tylko chcemy, aby każdy mógł mieć swoją interpretację i każdy mógł wynieść z tych tekstów coś indywidualnego, coś własnego. I właśnie na tym się skupiamy.

„Skrzydlate ręce”, „Państwo B”, „Melancholia” to utwory o kompozycjach energicznych, skocznych, ale jednak mówiące o poważnych sprawach. Czy sądzicie, że muzyka folkowa to dobry nośnik do przekazywania takich głębszych treści?
Lolek: Zespół Enej łamie wszelkiego rodzaju stereotypy i blokady. Człowiek w szpitalu wcale nie musi być smutny. To taki stereotyp, że muzyka folkowa jest przypisana do „hop siup, hop siup” i tupania nóżką. Tu można przekazywać różne kwestie, tym bardziej zależy kto co wypatruje w tekście i kto co bierze na pierwszy plan, czy muzykę, czy tekst. „Państwo B” wcale nie jest takie grzeczne, „Skrzydlate…” ciut lżej, ale tu nasza stylistyka nie ma większego znaczenia, liczy się przekaz i to, co autor po mojej prawej stronie [Mynio] miał na myśli.

Kiedy, według Was, nastąpił przełomowy moment w Waszej karierze?
Mynio: Jeśli chodzi o medialność, to, wiadomo, wygranie 2 lata temu programu „Must Be The Music”. To nas postawiło o kilka szczebli do góry pod względem telewizyjności i rozpoznawalności w Polsce i za granicą. Natomiast jeżeli chodzi o taki nasz wewnętrzny sukces, to na pewno pierwszy występ na Przystanku Woodstock. To jest miejsce, w którym grają praktycznie największe sławy, najwięksi idole naszej młodości, to jest po prostu światowa półka, i my wystąpiliśmy na tej samej scenie, przed którą stało około stu tysięcy ludzi… To jest przefantastyczne wspomnienie. Dało to nam wielgachnego kopa do kolejnych działań.

Część z Was studiuje. Jak to łączycie z karierą muzyczną?
Lolek: Już niewielu zostało na placu boju (śmiech). Został właściwie tylko jeden trębacz, który między próbami a koncertami kończy pisać swoją pracę magisterską…
Mynio: Współczujemy mu bardzo.
Lolek: Nasza dwójka poległa przy licencjacie, podczas „Must Be the Music”, i nie dało się już nawrócić, tym bardziej, że były to studia muzyczne i nie spotkaliśmy dużego wsparcia wykładowców. Tak więc, nie udało nam się to w parze, ale może jeszcze przyjdzie w życiu taki moment, kiedy trochę przystopujemy i dokończymy nasze plany związane ze studiami. Nie tyle jest nam to potrzebne w życiu zawodowym, co dla własnej satysfakcji, fajnie jest coś sobie ustalić i to osiągnąć. Kiedyś za kilkanaście lat siądzie się z własnym dzieckiem i będzie się go namawiać na studia, a on powie „Tato, ty też nie skończyłeś”, a więc nie będzie się miało karty przetargowej.

Na koniec pytanie trochę odnośnie jednego z Waszych ostatnich przebojów… Jak Wam smakuje życie teraz, gdy jesteście na muzycznym topie?
Mynio: Życie dookoła naszego sukcesu smakuje bardzo dobrze, nie będziemy tego ukrywać. Wygraliśmy od życia bardzo wiele i będziemy chcieli wykorzystać tę swoją szansę, tak jak to robimy do tej pory.

Rozmawiali Iza Adamczuk i Mateusz Sawczuk