TACY LUDZIE JAK STANISŁAW PIRO TO NAJPOTĘŻNIEJSZY KAPITAŁ
Dodane przez MasterZMC dnia 28.03.2013 21:06
W marcu przypada pierwsza rocznica śmierci artysty Stanisława Piro, niezwykłego człowieka, który pozostawił istotny wkład we współtworzeniu gazety „Skafander”. Sztuka była dla niego niejako pretekstem do podejmowania ważnych w jego mniemaniu kwestii społecznych, takich jak edukacja artystyczna, prozdrowotność czy walka z głodem i ubóstwem na świecie. O artyście rozmawiamy z jego przyjacielem, a zarazem dyrektorem zamojskiej Galerii BWA, z którą Stanisław Piro w ostatnich latach życia blisko współpracował, Jerzym Tyburskim.
Rozszerzona zawartość newsa

W marcu przypada pierwsza rocznica śmierci artysty Stanisława Piro, niezwykłego człowieka, który pozostawił istotny wkład we współtworzeniu gazety „Skafander”. Sztuka była dla niego niejako pretekstem do podejmowania ważnych w jego mniemaniu kwestii społecznych, takich jak edukacja artystyczna, prozdrowotność czy walka z głodem i ubóstwem na świecie. O artyście rozmawiamy z jego przyjacielem, a zarazem dyrektorem zamojskiej Galerii BWA, z którą Stanisław Piro w ostatnich latach życia blisko współpracował, Jerzym Tyburskim.


SONY DSC

Panie Dyrektorze, czy pamięta Pan pierwsze spotkanie ze Stanisławem Piro? Jak się poznaliście? Jakim był człowiekiem? Jak go Pan wspomina?
Pamiętam pierwsze spotkanie. Był początek 2008 r. Przyszedł z bratem, też już nieżyjącym, który wyglądał na bardziej wycofanego. Mnie, jako człowieka nieufnego, ujęła postawa i osobowość Piro. Bardzo pogodna i jasna twarz, niezwykła bezpośredniość i serdeczność, o której potem mówił często jako o osi wokół budowania swego „Kwadratu zdrowia i sprawności”. No i zadziwiająca fizjonomia – niewielki wzrost, białe, długie włosy i twarz o rysach jakby z Dalekiego Wschodu. Tym mnie ujął. Już wtedy przeczuwałem, że to nieprzeciętny człowiek.
Oprócz interesujących rzeczy, jakie mówił, urzekły mnie setki Jego rysunków. Zwłaszcza te cyzelowane cienkopisem, zbudowane jakby z kawałków włosa zwróciły moją szczególną uwagę, jako prace o największej wartości artystycznej. Prosił, bym z wielkiej ilości wybierał te, które według mnie są najlepsze. Pierwsze spotkania i sugestie, którym uległem, polegały na segregowaniu Jego rysunków. Potem już na stałe, stał się naszym gościem. Mimo złośliwych uwag różnych doradców, już wtedy pojawiła się jakaś więź między nami. Być może, że był dla mnie trochę postacią terapeutyczną. Z czasem stał się naszym charyzmatycznym autorytetem, nie tylko w środowisku artystycznym. Garnęła się do Niego również młodzież i najmłodsi.


Czy jakieś zdarzenie, czy sytuacja, z udziałem Piro zapadły Panu szczególnie w pamięci?
Tych chwil było wiele. Najbardziej utkwiły mi te bardzo osobiste przyjacielskie rozmowy, kiedy w zaciszu galerii, przy smakowitej herbacie rozprawialiśmy o współczesnym świecie, o życiu, sztuce, filozofii. Przy czym Piro wykazywał się ogromną erudycją. Zawsze miał w zanadrzu sporo cytatów, recytował poezję. Wykazywał się niezwykłą sprawnością intelektualną. To były rozmowy, których nigdy nie zapomnę , dodawały mi sił i były jak balsam w trudnych chwilach. Miał niezwykłe poczucie humoru i pamięć do dowcipów.
Wróćmy jeszcze do twórczości. Jego rysunki robią duże wrażenie…
Rysunki. Tak jak wspomniałem – te robione cieniutką kreską, pochodzące z końca lat 90., uważam za najlepsze artystycznie. One są też najciekawsze w sensie formalnym. Pojawiają się w nich, oprócz stałych elementów, jakie występują u Piro tj. „Wieża Babel” i inne mityczne budowle o cechach orientalnych, surrealistyczne portrety, a także motywy „Drzewa Życia”, fantastyczne pejzaże, przypominające misterną biżuterię, którą Piro również się zajmował.


Jako konceptualista wierzył w sztukę zaangażowaną, która zwraca uwagę na problemy współczesnego świata. Czy polscy artyści mają nam dziś coś istotnego do przekazania, czy raczej to, co tworzą rozmywa się w jakiejś, posiłkując się modernistycznym terminem, „sztuce dla sztuki”? Czy twórcy kiszą się we własnym sosie, czy wręcz przeciwnie realizuje się skafandrycki, przepraszam, skamandrycki, postulat artysty wśród ludu?
To paradoks, że wybitne jednostki nadal za życia nie znajdują zrozumienia i społecznej akceptacji nawet w czasach obecnych. Taką postacią był Stanisław Piro. Czasy mimo to są ciekawe i mamy ciekawą sztukę, ale sztuka jednak wymaga mecenatu, czego niestety nie rozumieją współcześnie rządzący. Moim zdaniem żyjemy w czasach barbarzyńskich, schyłkowych, w których mało się mówi o potrzebach kulturalnych i duchowych. To przekłada się również na tzw. „kuratorów sztuki”, którzy bywają zagubieni w tym bałaganie. Właśnie od nas zależy – tak jak głosił Piro – odnowa sztuki, kultury. Musi być podjęta również odpowiednia edukacja kulturalna i artystyczna. Skutki obecnych czasów, kryzysu i panowania barbarzyńców, mogą być opłakane. I to nasz wspólny niepokój.


Jerzy Tyburski i Stanisław Piro, BWA Galeria Zamojska 2009 r., fot. Janusz Zimon

Piro pomimo osiemdziesięciu kilku lat miał dobry kontakt z młodzieżą, zwłaszcza z tą uzdolnioną artystycznie. Ci, którzy są utalentowani, siłą rzeczy, są bliżej sztuki od tych nieutalentowanych. Czy jest jednak potrzeba, aby również tych drugich wychowywać poprzez sztukę?
Tak jak wspomniałem wcześniej, potrzebna jest edukacja wszystkich, a głównie najmłodszych. Inaczej sprawdzą się wizje katastrofistów takich jak Miłosz, Witkacy, czy Beksiński, którzy przestrzegali przed światem odhumanizowanym, pozbawionym ludzkich relacji, produkującym bezduszne roboty. Z takim światem mamy już po części do czynienia. Nigdy wcześniej w historii ludzkości człowiek nie był tak samotny.


Artysta, którego wspominamy, inicjował różne projekty, miał pomysły na wiele lat do przodu. Które z nich zasługują na uwagę i kontynuację?
Nawet, te najbardziej utopijne idee, jakie Piro podejmował, zasługują na uwagę. A więc – „Miasto bez chorób” czy „Cywilizacja miłości”. Warto się nad nimi się pochylić. Były też pomysły bardziej realistyczne, jak wspomniany już osobisty, dla każdego zainteresowanego „Kwadrat zdrowia i sprawności”, rozsławianie twórczości wciąż mało znanego rysownika z naszego regionu Edmunda Monsiela, czy uczynienie z BWA Galerii Zamojskiej najważniejszego ośrodka sztuki na wschodzie Unii Europejskiej, położonego na przecięciu kultur Wschodu i Zachodu Europy, będącego kulturową awangardą.


W kontekście tego, o czym Pan mówi, Piro widział duży potencjał również w Zamościu jako tym kulturowym centrum pomiędzy Wschodem a Zachodem, wierząc głęboko w synergię, a nie, jak Huntington, w zderzenie cywilizacji. Poprzez jakie działania można zbliżyć się do realizacji tej idei?
Tak, wydaje mi się, że Zamość posiada ogromny potencjał, a ludzie w nim żyjący, tacy, jakim był Stanisław Piro, są jego najpotężniejszym kapitałem. O tym powinniśmy pamiętać i solidarnie działać na rzecz tego miasta. Nie oddzielnie, jak dotychczas – pod dyktando brutalnego kapitalizmu i ugrania korzyści dla siebie – bo przestrzegam – to bardzo krótkowzroczne! Działania w kulturze i duchowości, to działania długodystansowe, które podejmował Piro, sięgając do filozofii Dalekiego Wschodu. Wedle tej filozofii, działanie jednostki jest tylko drobniutkim wkładem na rzecz lepszej przyszłości.
Przez niektórych Piro był odbierany jako ktoś nie do końca poważny. Pytanie zasadnicze, czy to on był wariatem ze swoimi, zdawać by się mogło, utopijnymi ideami, czy może na odwrót, to świat jest zwariowany, skoro nadal jest w nim miejsce na głód, wojny i wyzysk?
Było mi smutno, że otoczenie nie do końca doceniało Jego osobowość. Był często lekceważony i pomijany. Ja wychodziłem z założenia, które kiedyś zapadło mi w pamięć – „Słuchaj dziadka – to chodząca historia”. I tego się trzymałem. Poza tym w domu wychowany byłem w szacunku dla osób starszych. Osobiście, uczyłem się mądrości, również życiowych, od Piro.
Co do wariatów, jakimi jesteśmy – słowo wariat pochodzi od łacińskiego „varius”, co znaczy inny, skomplikowany. Dopiero w naszych czasach nabrało pejoratywnego charakteru. Tak jak wspomniałem – czasy są coraz bardziej barbarzyńskie i potrzeba nam takich osobowości jak Piro, czy obecny papież Franciszek, budujący Kościół ubogi i dla ubogich. Piro byłby zachwycony wyborem, bo zawsze podkreślał, że Kościół powinien się zwrócić do idei świętego Franciszka.


SONY DSC

Po śmierci artysty, powstał Pański obraz „Pieta. Pamięci Piro” [opublikowany w gazecie „Skafander”, nr 4 (28) – przyp. red.]. Wpisuje się on w symbolikę wielkanocną. Skąd pomysł na takie przedstawienie?
Obraz „Pieta. Pamięci Piro” powstał już po śmierci Pana Stanisława. Zasmucony, obserwowałem jego odchodzenie. Odwiedzałem go chorego. Widziałem Jego gaśnięcie, zapadanie się w sobie, Jego rozpacz, że za wcześnie musi odejść. Pod koniec życia, gdy leżał kruchy i udręczony, przypominał mi postać umęczonego Chrystusa. To była pierwsza inspiracja do namalowania tego obrazu. Poza tym pieta to w ikonografii postać Maryi z Jej Synem po śmierci, więc tak to sobie wymyśliłem, by Matkę Bożą przedstawić bardzo symbolicznie, aluzyjnie i oszczędnie, z zaakcentowaniem złotych gwoździ jako aureoli. Natomiast postać Chrystusa jest mizerna, umęczona. Takiego Piro zapamiętałem w Jego ostatnich dniach.


Zdradził Pan kiedyś, że zmarły przyjaciel często się Panu śni. Jak odczytuje Pan te sny?
Tak. Piro przychodzi do mnie w snach zupełnie niespodziewanie. Pojawia się jak grom z jasnego nieba i są to sny bardzo poruszające. Właśnie wtedy, gdy tworzyłem „Pietę”, przyszedł i oznajmił mi optymistycznym głosem: „Ja żyję!”.
Wydaje mi się, że łączyła mnie z nim jakaś wyjątkowa nić przyjaźni. Z nim nie czułem się tak samotny. Poza tym, jak nikt inny, podziwiał moją twórczość, był pierwszym recenzentem moich nowych obrazów. Popierał również dynamiczną działalność BWA Galerii Zamojskiej, instytucji, której sam stał się współtwórcą i animatorem.


Może warto zastanowić się nad jakąś formułą upamiętniającą postać zamojskiego artysty, np. coroczny konkurs dla utalentowanej młodzieży?
Tak – zastanowimy się jak uczcić Jego osobowość. Być może będzie to właśnie kolejny konkurs rysunkowy dla młodzieży, imienia Stanisława Piro.


Co, według Pana, jest najbardziej godne podziwu w życiu tego drobnego posturą człowieka?
Zapamiętałem postawę pełną misji. Przypominał mi pierwszych pustelników i ruchy monastyczne. Poza tym całe serce, rzeczy materialne, rysunki i poezję oddawał innym. Takim Go zapamiętałem.


Rozmawiał Mateusz Sawczuk
Fot. Janusz Zimon
"Skafander. Bezpłatna Gazeta Akademicka" 2013, nr 4 (41), s. 8