WYCIECZKA STUDENCKA: KRAKÓW – OŚWIĘCIM – OSTRAWA – SOLINA (2010) | STUDENT'S TRIP: CRACOW – AUSCHWITZ – OSTRAVA – SOLINA (2010)
Dodane przez MasterZMC dnia 01.02.2012 18:00
Na ostatnim roku studiów licencjackich pojechałem na trzydniową wycieczkę (23–25 kwietnia 2010 r.), choć licencjat leżał jeszcze odłogiem. Warto było!
Rozszerzona zawartość newsa

W ubiegłym roku spotkałem na ulicy przewodniczącą Samorządu Studenckiego. Spytałem, czy planowana jest jakaś wycieczka.
– Tak. Austria Budapeszt.
– Jak Austria Budapeszt? – wiedziałem, że jest drużyna Austria Wiedeń, ale Austria Budapeszt…
– No tak, w Austrii i do Budapesztu też pojedziemy – no i wszystko się wyjaśniło.
Byłem bardzo chętny do wyjazdu na taką wycieczkę, ale niestety potem zmieniono miejsce na Jałtę na Ukrainie, więc zrezygnowałem.

Przyszedł rok trzeci studiów, tak jakby nigdy nie przestał być pierwszym. Tym razem Samorząd Studencki organizował 3-dniową wycieczkę (23–25 kwietnia), której trasę w skrócie można opisać tak: Kraków – Oświęcim – Ostrawa (Czechy) – Solina. Wiedziałem, że to być może jedna z ostatnich okazji, żeby gdzieś pojechać, po pierwsze, wycieczki szkolne/studenckie są tańsze, a po drugie, w przyszłości może już nie być warunków ku temu. Teraz albo nigdy.

Mój rok nie był chętny do wyjazdów. Przez 2 lata nikt nie pojechał na żadną studencką wycieczkę. Trudno było znaleźć chętnych do pójścia na wieczorem literacki albo jakąś kameralną imprezę kulturalną. Jak nikt nie idzie, to zwykle osłabia zapał. Pomyślałem: „Nie. Dlaczego mam tracić przyjemności tylko dlatego, że nikt nie chce towarzyszyć?”.

Dlatego, ostatnimi czasy, wszędzie tam, gdzie mnie coś interesuję, chodzę sam. Tak samo teraz. Pomyślałem, że nie będę tracił wycieczki, tylko dlatego, że nikt ode mnie nie pojedzie. I tu miła niespodzianka. Znalazły się chętne. Ostatecznie fil. pol. reprezentował skład 5-osobowy: Angelika, Basia, Gosia, Kasia i Master.

Wyruszenie w drogę
Wyjazd z Zamościa nastąpił po godzinie piątej rano. Może nie wraz z ruchem kół, ale tuż po, otwarto napoje energetyzujące, ja oszczędzałem energię na wieczór, choć raz chciałem wypaść przyzwoicie, bo ostatnimi czasy finiszowałem przedwcześnie. Tymczasem już w autobusie byłem podpytywany o zasobność w trunki.
– Mam już jeszcze… – przeszło to do historii, jak szkolne „szyjki nie ma”.

Wszystko się zaczynało. W radiu jeszcze spekulowano, co zrobi Jarosław Kaczyński, czy będzie kandydował czy nie. Polska ciągle żyła w niepewności, ja również. Koleżanka rozważała, czy może Napieralski. Ja zapytałem, czy nie wygląda ma cwaniaka. Kiwanie głową przeczące i inna wątpliwość, czy nie za młody.

Postoje były częste, z racji częstych opróżnień. Jeden był dłuższy, w takim przydrożnym barze. Zamówiłem pierogi z kapustą i mięsem, herbatkę wypiłem i owszem sympatycznie, i miło, i dobrze, bo czułem, że w Krakowie będzie pośpiech. Z telewizora przypomniano, że mamy Międzynarodowy Dzień Książki i że może cieszyłbym się bardziej, gdybym więcej czytał. Ponadto próbowałem przekonać koleżanki, że mam w sobie ducha rewolucjonisty. Nie dały wiary, no cóż… Ruszyliśmy w stronę stolicy polskiej kultury.

Kraków po raz drugi
Zaczyna się niepozornie. Nie wiem nawet, czy wjazd jest dwupasmówką jak w Lublinie. Poznaję, że to już po torach tramwajowych.

Wcześniej byłem w Krakowie na pielgrzymce Benedykta XVI. Wtedy docelowa była tylko pielgrzymka, czyli spotkanie z młodymi na Błoniach. Jednak dzięki uprzejmości Janusza udało mi się zobaczyć Bazylikę Mariacką i papieskie okno przy ul. Franciszkańskiej 3. Teraz punktem docelowym był Wawel…

Miasto przywitało torami i ulicami zwykłych polskich miast. Wieżowce nie zasłaniały nieba (jak w stolicy), które padało słońcem, pozostawiając cień w małych parkach drzew. Pomyślałem, że mógłbym tu żyć ze skamandrytami, choć stosowniej byłoby być awangardzistą. A jednak zobaczyłem Lechonia w kapeluszu i z laseczką, i ja też jak oni chciałem żyć swobodny.


Gdy koła stanęły, a uszy wysłuchały, kiedy zbiórka, udaliśmy się co rusz na Wawel, chyżo, bo czasu niewiele. No to jestem w turystycznym cudzie Polski (obok Zamościa). Na Wawelu przywitał nas sympatyczny rycerz, z którym zrobiliśmy sobie zdjęcie, a jakże! Spytał, skąd jesteśmy.
– Z Zamościa.
– O, to z daleka przyjechaliście.
W usposobieniu dało się odczuć gościnność i otwartość.

Teraz na groby, na groby koniecznie! Ale niekoniecznie prędko… bo do grobu zmarłego prezydenta Lecha Kaczyńskiego kolejna była długa i odbierała szansę zobaczenia więcej. Więc my inaczej, nie w tę kolejkę, tylko do katedry, ze słuchawkami na uszach. Chwilami zmysły nie nadążały za nogami. Co innego widziałem, co innego słyszałem, ale widziałem, widziałem.


Wąskimi przejściami, po drewnianych schodach ku górze, ku sercu. Wcześniej uprzedzono mnie o tym, że jak się złapie lewą ręką dzwon Zygmunta i pomyśli się życzenie, to na pewno się spełni. I zostawiłem życzenie, inne od tego na Tarnicy i przy grobie Stroińskich. W tych wysokich miejscach wznosiłem serce z najżarliwszymi prośbami. Miejsca znaczyłem prośbami i obietnicami powrotu.

Z Zygmunta na wysokościach do podziemi do wieszczów. Więc tutaj jesteście, wielcy moi duchem. I tu ma miejsce szczególna chwila, współczesny romantyk przy grobie największego z romantyków, Słowackiego. Tu się spotykamy, poeto Słowacki, patronie słów i łez. Nie ostatni raz.

Zwiedzaliśmy dalej katedrę i kolejne kaplice, w pośpiechu o dwa kroki dalej gotowiśmy wyjść omylnie, ale jeden ze stróżów rzecze: „A do grobów królewskich nie idziecie?” i wskazuje wejście. No po to tu przyjechałem.

My rozbiegani nie zakłócimy snu królów, którzy wciąż śnią o Polsce. Koleżanka Gosia pisze pracę o Piłsudskim. Powiedziałem, że nie tylko będzie pisać przy biurku, ale tutaj zaczerpnie z ducha i tym sposobem badania literackie zostaną wzbogacone naocznością miejsca spoczynku. Tego ducha i ja chciałem. Przed kryptą urna z ziemią z Katynia. I weszliśmy. Chwila niezwykła, stanąłem przy grobie marszałka Piłsudskiego jako czciciel prawdziwy. Stałem przy tym, który odzyskał nam Polskę, bohater. I dalej szybkim przejściem do grobu małżeństwa Kaczyńskich. Dotknąłem, oddałem hołd temu, dla którego marszałek był wzorem. Już bez zdjęcia, bo duży natłok.

Katedra Wawelska zwiedzona, reszta czeka na kolejne odwiedziny. Jeszcze udaliśmy się do Bazyliki Mariackiej, widzianej po raz wtóry, choć dokładniej. Zdaje się, że zamojska katedra większa, tym niemniej Mariacka też budzi zachwyt nie tylko ołtarzem Wita Stwosza, lecz choćby sklepieniem. To też było szybkie zachłyśnięcie pięknem barw.

Wychodzimy i pytam stróża:
– Przepraszam, gdzie jest ulica Detla?
– Ditla! – krzyczą dziewczyny i w śmiech.
Jakoś pokierował, ale jeszcze paru kierujących wskazywało trasę… biegu. Ach, co za uczucie biegać po Krakowie! Dla takich chwil i kalorii warto oddać dech.
Jeszcze parę razy pytałem o docelową ulicę, przekręcając nazwę, co budziło nieustanne rozbawienie towarzyszek.
– My się nie zgubiliśmy, tylko nie mieliśmy czasu – skwitowała Angelika.
A gdyby Gosia wzięła GPS, przydałby się właśnie teraz. A co dopiero będzie jutro w Czechach…
Dotarliśmy w umówiony przystanek, już nikomu się nie spieszyło. Wolnym krokiem przez most, okiem rzuconym na Wisłę, w autobus i w kolejny punkt.

Dwa razy byłem w Krakowie i dwa razy nie zwiedziłem go dostatecznie. Pierwszym razem to w zasadzie tylko Błonia i spanie w deszczu. Teraz też pośpiesznie, mieliśmy tylko półtora godziny, choć Wawel zamierzony i osiągnięty.
– Kiedyś przyjadę i wszystko na spokojnie zobaczę…
– Z narzeczoną – dodała chyba Gosia.
– A to nie prędko – dodała uszczypliwa Basia.
Z lub bez, Master zobaczy Kraków po raz trzeci.

Oświęcim – miejsce szczególne


Dojechaliśmy do Oświęcimia. To jedno z tych szczególnych miejsc na mapie Polski, gdzie trzeba być, choć raz. Na bramie wejściowej wisiał z powrotem (skradziony niedawno) napis: „Arbeit mach frei”. Przejściom z budynku do budynku i z pomieszczenia do pomieszczenia towarzyszyła zaduma nad ogromem i okropnością zła. Patrzyłem na fotografie więźniów, widziałem ich cele, widziałem ścianę śmierci, przy której rozstrzeliwano więźniów. 11 listopada wystrzelano Polaków. Człowiek staje się tu cichy.
Później przejechaliśmy do Auschwitz-Birkenau (Brzezinka). Tam więźniowie musieli przebywać w drewnianych barakach. Słuchało się o tym wszystkim od dziecka, oglądało się różne filmy, ale dopiero tam na miejscu człowiek zdaje sobie sprawę, co działo się w trakcie wojny. Ostatnie słowa przewodniczki zabrzmiały dobitnie: „Tak tutaj traktowano człowieka”.

Pielgrzymowice


Długo krążyliśmy, zanim dotarliśmy do tej miejscowości, ale udało się. Wybraliśmy pokój 8-osobowy. Ja, dziewczyny, Shaggi, Rysio i jedna para. Piliśmy na balkonie, na świeżym powietrzu. Był jeszcze Ryba i jego panna, i inni. Pamiętam, jak Shaggi wypominał dziewczynom, że jadą na Wyspy i dają tam murzynom, zamiast naszym. Takie rzeczy się pamięta. No i pamiętam, że było ciężko, bo, jak zwykle, zafundowano mi przeskok z czystej na smakową. Nie ma nic gorszego. Shaggi do mnie: „Bądź mężczyzną!”. Byłem, dałem radę.

Spokój Ostrawy
Na granicy wymieniliśmy złotówki na korony czeskie, chciałem to zrobić jeszcze w Zamościu, ale nie dało rady w żadnym kantorze. Granicę przekroczyliśmy na przejściu w Marklowicach Górnych. Kiedy wjechaliśmy do Czech, przekonałem się na własne oczy, jak tam jest czysto i jakie mają dobre drogi.


Dotarliśmy na parking, wyszliśmy z autokaru i w różnych grupkach ruszyliśmy w miasto. Już w pierwszej chwili zadziwił mnie niezwykły spokój miasta. Nie było hałasu, mało samochodów, ludzie, jak wszędzie, chodzili za swoimi sprawami, ale czas jakby wolniej się toczył, zwłaszcza na Placu Tomasza Masaryka. Tego pragnąłem: być spokojnym i nie musieć się śpieszyć.

Pierwszy raz wyobraziłem sobie, jak mogłaby wyglądać starość. Wyglądam jak Omar Sharif, aktor grający pana Ibrahima w ekranizacji książki Erica-Emmanuela Schmitta. Siedzę pod parasolkami w pięknej Ostrawie, piję herbatę i spoglądam na biegające gdzieś po placu dzieci. Uśmiecham się.

Ostrawa architekturą przypomina Lublin, zauważyła to Basia, miałem podobne odczucia. Miasta te są bardzo podobne. Z wieży Starego Ratusza, gdzie mieści się Muzeum Ostrawskie, zrobiliśmy zdjęcia Placu Masaryka, który już zawsze będzie mi się kojarzył z dobrym miejscem.

Jakoś tak wyszło, że nie programowałem w domu trasy zwiedzania Ostrawy, zostawiłem to dziewczynom. Wiem już, że następnym razem trzeba będzie samemu wszystko zaplanować. Napaliliśmy się na planetarium, ale nie udało się tam dotrzeć. Podchodzę do młodego Czecha i pytam:
– I’m sorry. Where is planetarium?
A on do mnie:
– Mów po polsku.
Rzeczywiście Czesi lepiej rozumieli, gdy mówiliśmy po polsku niż po angielsku. Nic dziwnego, nasze języki słowiańskie są podobne. Tak więc, Polaku, rozmawiaj z Czechami po polsku!
Wracaliśmy późnym wieczorem, a ja marzyłem o takim spokoju.


W nocy, tak jak dzień wcześniej, rozrywka. Chodziłem po pokoju i rozprawiałem z dziewczynami o idealnym związku. A gdy wpadli faceci, już trochę zadżumieni, mówię do nich:
– Panowie, słuchajcie… – oni bystre spojrzenia na mnie – czy Czeczenia powinna być niepodległa?
Zbaranieli. Nie powiedzieli nic.

Niebo nad Soliną
Według planu wycieczki trzeciego dnia trzeba było wstać o 6.00, w co nikt nie wierzył, a stało się. Pobudkę przeprowadził Frankesz. Wyjazd wprost nad Bieszczady, choć miał być jeszcze Tarnów, ale zrezygnowano z tego.


I oto znów trafiłem nad Solinę. Byłem tu w 2007 r. z wycieczką seminaryjną i marzyłem, by powrócić w to miejsce, nad tę samą tamę. Stało się. Niebo tak samo przejrzyste i woda. Muszę przyznać, że ilekroć czytałem wiersz Bandeiry „Być jak płynąca rzeka” (rozpowszechniony przez Coelho), miałem przed oczami Jezioro Solińskie. Byłem tu, gdzie chciałem.

Istniała możliwość rejsu po jeziorze, ale trzeba było dopłacić. Nie wahałem się ani chwili, koleżanki też. Rejs w towarzystwie muzyki, w słonecznej, choć wietrznej pogodzie. Było pięknie.

Powrót


Zamyślony w szybę zastanawiałem się, czy po raz trzeci pojadę do Krakowa, czy wrócę jeszcze nad Solinę, czy wrócę w te wszystkie miejsca. Można było więcej zobaczyć, ale liczy się to, co było. Wracałem zadowolony, mając nadzieję, że to nie ostatnia podróż.

19 maja 2010 r. – styczeń 2012 r.





Zobacz też | Also read:
Galeria wycieczki | Trip's gallery
Podróż jest we mnie | Travel is inside me
Rozmowa z pustynią, wiatrem i słońcem | Talk with the desert, the wind and the sun
Być jak wiatr | Be like a wind
„Sny są po to, by je śnić” | „Dreams are only to be dreamed”
Kraków do snu | Cracow in a dream
Eric-Emmanuel Schmitt – Pan Ibrahim i kwiaty Koranu (Mr. Ibrahim and the flowers of the Koran)
Manoel Bandeira – Być jak płynąca rzeka (Like the Flowing River)
Paulo Coelho – Być jak płynąca rzeka | Like the Flowing River (2006)
A w sercu bezpiecznie | Safely in the heart (Płock 02–03.06.2012)