W POSZUKIWANIU STRACONEGO PIĘKNA | IN SEARCH OF LOST BEAUTY
Dodane przez MasterZMC dnia 16.02.2012 18:40
Jerzy Tyburski foto_skafander.info

Tych parę refleksji powstało w oparciu o moje malowanie i pisanie. To ostatnie towarzyszy od lat malowaniu. Traktuję to pisanie wyłącznie jako rodzaj terapii i oczyszczenia. Korespondencja razem ze sobą, to rzecz niezwykła i idealna. Mam przyjemność również prowadzić BWA Galerię Zamojską – instytucję z ogromnymi tradycjami, związanymi z artystyczną ilustracją. Galeria znana jest i ceniona ze względu na bogate zbiory ilustracji, liczące już ponad 3 tys. oryginalnych egzemplarzy, jak i organizację międzynarodowych plenerów ilustratorów, nieprzerwanie od 26 lat.

Wracając do tytułu „W poszukiwaniu straconego piękna”, który brzmi trochę górnolotnie, będzie to swobodna refleksja, całkowicie subiektywna, na temat mojego miejsca związanego z malowaniem. Zdaję sobie również sprawę z retorycznego, jak i lekko prowokacyjnego, charakteru tego tytułu. To oczywiście nawiązanie do dzieła literackiego Marcela Prousta o podobnie brzmiącym tytule „W poszukiwaniu straconego czasu”. Bodźcem do tworzenia dla Prousta, a jednocześnie pierwotnym i głębokim wzruszeniem, miał być smak zamoczonego w herbacie ciasteczka. Wywoływał on wspomnienie czegoś pięknego. Pierwszym impulsem do powstania obrazu, może być podobne wzruszenie i można reminiscencje wspaniałego smaku odnaleźć w dziełach nielicznych artystów malarzy ubiegłego i obecnego wieku. Jednak sztuka XX wieku, niezwykle złożona, to świadome i wymuszone przez realia, odchodzenie i zrywanie z tradycyjnym pojęciem piękna, jak również rozpaczliwe na nowo jego poszukiwanie. Widać to w postawie licznych artystów malarzy, związanych z nurtem ekspresji, poczynając od Vincenta van Gogha, który przeczuwając podświadomie bolesną przyszłość Europy, wycisnął, w sposób wręcz szaleńczy, swoją sztukę z tuby na płótno. W czasach obu dwudziestowiecznych totalitaryzmów estetyka artystów tzw. „odrzuconych”, czy wyklętych, była na tyle niepoprawna politycznie, że nie mieściła się w konwencji „piękna” dopuszczonego przez cenzurę. Przyczyniła się do tego również programowa alienacja, wynikająca z lęku przed zderzeniem z rzeczywistością. Dało to początek nowym, dla swego czasu „niszowym” – jak dzisiaj można by określić – kierunkom artystycznym, takim jak np. surrealizm czy dadaizm będący spontaniczną afirmacją podświadomości.

Duże znaczenie i, myślę, związek z plastyką posiadają dzieła literackie Zbigniewa Herberta, Czesława Miłosza i papieża Jana Pawła II, związanych z nurtem kultury chrześcijańskiej, których spuścizna jest, w moim odczuciu, głęboką refleksją na temat utraconego piękna, kondycji człowieka i estetyki XX wieku. W tym miejscu pozwolę sobie zacytować słowa Jana Pawła II, pochodzące z „Listu do artystów”, które wydają się ważne i szczególnie piękne: Artyści są uprzywilejowanymi interpretatorami tajemnicy człowieka. Chrystus jest najwyższym źródłem inspiracji sztuki uniwersalnej i współczesnej, a współczesna epoka, chociaż naznaczona ateizmem, to potwierdza, najwięksi artyści wszystkich kontynentów odczuwali potrzebę mierzenia się z Jezusem i Jego nieprzebraną tajemnicą. Artysta, kiedy tworzy, nie tylko powołuje do życia dzieło, ale poprzez to dzieło objawia swoją osobowość. Odnajduje w sztuce nowy wymiar i niezwykły środek wyrażania swojego rozwoju duchowego. Poprzez swoje dzieła artysta rozmawia i porozumiewa się z innymi. Tak więc historia sztuki nie jest tylko historią dzieł, ale również ludzi.

Co ważne, w XX wieku forma w dziele artysty stała się bardziej istotna od jego treści. Dramatyczne rozminięcie się współczesnego artysty z tematyką religijną nie zawsze jednak oznaczało rozminięcie się z Bogiem. Dzisiaj nie ma już potrzeby demonstrowania swej wiary.

Wydaje mi się jednak, że warto kontynuować wielowiekowy trud artystów, dla których wiara była jedną z podstawowych inspiracji twórczych. Malarstwo z treścią i intuicyjne dotykanie sacrum w samotni pracowni, uważam za rzecz godną szacunku i oddania. Tematów religijnych w swych obrazach nie unikali tacy artyści jak Stanisław Wyspiański czy Adam Chmielowski. Wciąż do nich sięgają tacy malarze jak Tadeusz Boruta i Stanisław Rodziński, zaś twórczość Jerzego Nowosielskiego, poprzez fascynację problematyką ikony, będącą swoistym wyznaniem wiary, stanowi pomost między kulturami Wschodu i Zachodu Europy.

Znamienne i sugestywne są natomiast działania artysty rzeźbiarza Igora Mitoraja, odwołujące się do najlepszych dokonań rzeźbiarskich antycznej Grecji, powstających w oparciu o klasyczny kanon piękna.

Żyjemy jednak w dobie bezstylowości i zatracenia unifikacji piękna. Gdzieś podział się uniwersalizm piękna. Świat przez to na pewno jest bogatszy, ale niestety nie lepszy. Znużenie ciągłą aktywnością i promocją profanum na różnych polach, w tym również w plastyce, motywuje mnie do powrotów, także w znaczeniu historycznym, do tajników dawnych mistrzów i zrozumienia ówczesnego piękna, które wydaje mi się obecnie trochę utracone.

Fascynacja estetyką średniowiecza jest dla mnie niezwykle cenna ze względu na figuratywność i prostotę formy. To estetyka bliższa symbolu i poezji niż rozumu. Ale nieustannie jest to figuracja, choć abstrakcyjne bywa tło – głównie dla zrównoważenia treści z formą, a w istocie ze względów ideowych. Równowaga między tymi wartościami wydaje mi się bardzo ważna. Na końcu świadczy o sile obrazu.

Odpryski piękna w moim malowaniu, współgrają razem z klimatem nostalgii, łagodnej ironii, a chwilami zmierzają w stronę groteski, która w sztuce współczesnej ma duże znaczenie. Lubię się poruszać w przestrzeni niszy, poza jakimikolwiek trendami.

Sztuka najlepiej czuje się poza granicą. Poza granicą rozumu, przeintelektualizowania, ale wciąż w granicach dobrego smaku. Wydaje mi się, że czasem dotykam sacrum, choć nie musi być to wcale związane z tematyką religijną. Przede wszystkim ważny jest dla mnie przekorny język plastyczny. To trudne, na końcu wymaga wzajemnej uwagi – odbiorcy i malarza.

Malarstwo to odpowiedzialność, a jednocześnie nieograniczona wolność. Świadomość tego, że nikt ci tego nie zabierze, że masz je przy sobie jak drogi, fantastyczny instrument. Sprawia, że jesteś spokojny. Sam niepokój ma miejsce przy powstaniu obrazu, od momentu tzw. „pierwszego wzruszenia” do końca fizycznego protestu związanego z malowaniem. Malowanie jako pewien ciąg bez końca, wpada w obsesyjne szaleństwo. Prowadzi również do chwil nieprzewidywalnych, które trudno ubrać w słowa. Ta niema modlitwa artysty w zaciszu pracowni, towarzysząca rozwojowi duchowemu, jest prawdziwą rekompensatą jego trudu i samotności. Więc po to są obrazy, by powstała poezja bez słów. Niekończąca się opowieść.

Jerzy Tyburski
dyrektor Biura Wystaw Artystycznych Galerii Zamojskiej, artysta-malarz
"Skafander. Gazeta Akademicka" 2011, nr 17 (24), s. 11





Zobacz też:
Jerzy Tyburski sylwetka
Jerzy Tyburski galeria